A to ci ruscy

A to ci ruscy

Masza

Ach ci ruscy. Zawsze, gdy wydaje mi się, że niczym mnie nie już nie zaskoczą, oni wyprowadzają mnie z błędu. Z premedytacją. W każdym rosyjskim mieście jest irlandzki pub. Tak jak w Polsce. W jednym z nich poznaliśmy Maszę. Masza uczy angielskiego, chociaż na stypendium była w Niemczech. Lubi kolor różowy i głupie pomysły. Nieopatrznie podsuwamy jej jeden z nich: A jedź z może z nami, co? Wyjeżdżamy jutro.

Każdemu to proponuję, chyba że istnieje realne ryzyko, że potraktuje propozycję poważnie. Ale przecież nie ona – nigdy nie wyjechała za miasto, rower ponoć zepsuty, nie ma bagażnika, sakw, ani nawet śpiwora. A Masza przyjeżdża rano. Rower naprawiony – okazało się, że to tylko przerzutki. Uśmiechnęła się i zrobili jej za darmo. W plecaku nowiutki bagażnik, żeby jej zamontować. Do tego nowiutki różowy śpiwór, różowe rękawiczki i różowa kurtka. Ciemne okulary. Profeska. A ja stoję i patrzę jak to cielę na malowane wrota. „Nu, Kuba, dawaj! Przykręcaj bagażnik i jedziemy, szkoda czasu!”

W ten sposób nasza ekipa wzbogaciła się na dwa dni o dodatkową wariatkę. Zwiedziliśmy Carskie Sioło, spoglądając przez okno na Bursztynową Komnatę, której szukali wszyscy, nawet Pan Samochodzik. „A ona tu u nas, w Rosji” – w głosie Maszy czuć dumę. Dalej Pietropawłowsk. W rezydencji zamordowano imperatora Pawła I i jego duch straszy tam ponoć do dziś.

I wszystko byłoby pięknie, ale gdy kończą się carskie rezydencje, zaczynają się bagna. Nie możemy znaleźć miejsca na nocleg. W końcu, ok. 1 w nocy i po 120 przejechanych kilometrach, jesteśmy gotowi rozbić się choćby i na środku drogi. Wtedy podjeżdża gość na skuterze. „nie straszno wam tak po nocy jechać?” „No trochę straszno” „To dawaj, za mnoj!”

I wyprowadził nas na nie-bagno, a piękne miejsce na brzegu Newy.  Ledwo zdążyliśmy rozbić namioty, gdy przyszli

Witia i Kostia

ugościć nas w swojej wiosce. Jest pól litra i sucharki, czyli „dobro pożałować w Otradnoje”(„witamy w Otradnoje”). Ale czy wiecie, dlaczego Otradnoje? Oczywiście, że nie wiecie. Kiedyś Katarzyna Wielka zatrzymała się tu nad rzeką i w zachwycie nad pięknem krajobrazu wykrzyknęła „kakaja otrada!” („jakaż słodycz!”). Swoją drogą, ciekawe jak to funkcjonowało? Nadworny skryba zanotował „miejsce podoba się cesarzowej, robimy tu osadę”? albo „Jak to się nazywa? Iwanowskoje? Słabe, zmieniamy!” nie ulega wątpliwości, że rosyjscy władcy od zawsze lubowali się w nazywaniu wszystkiego po swojemu. Choćby była stolica. Niektórzy, co bardziej długowieczni Rosjanie, mogli opowiedzieć, jak to urodzili się w Petersburgu, do szkoły chodzili w Piotrogradzie, pracowali w Leningradzie, a emeryturę spędzali znów w Petersburgu.

Nazwy przestają być jednak istotne, gdy ludzie stają przed realnymi problemami. Witia pokazuje na stojący 200m dalej dom i opowiada:

-„Pole, na którym śpicie, było kiedyś bagnem (też mi nowość). W czasie wojny niemieckie bomby lądowały w miękkiej ziemi i nie wybuchały. Stąd do dzisiaj pełno tu niewypałów i innych pamiątek z wojny (rzeczywiście, rano znajdujemy zardzewiały hełm). Kobieta zbudowała tu dom. Pewnego dnia, robiąc coś w piwnicy, robotnicy odkryli niewypał wielki jak szafa. Nie można go w żaden sposób wyciągnąć, bo wybuchnie. I tak mieszka od 20 lat na bombie”

-„Ale jak można było postawić dom i nie zauważyć niewypału?!”

-„No widzisz, eto nie tak prosto. Zbudowali i już.”

-„Wiesz, jak byliśmy mali to lubiliśmy podpalać tą łąkę. Czasem coś wybuchło. A ta kobieta zawsze krzyczała, że na nas milicję wezwie. Strasznie zabawne to było”- do rozmowy wtrącił się Kostia.

-„Tak, ale dorośliśmy i już tak nie robimy, bo nasze domy też stoją niedaleko.” – Witia wykazuje się podziwu godną dojrzałością.

Butelka pusta, a słońce dawno na niebie, przecież już 4 rano. Dzwoni żona i zakłopotany Witia, zamiast po kolejną wódkę, musi iść do domu. Kostia go odprowadzi, błogosławiąc stan kawalerski.

 

A Masza śpiewa Marylę Rodowicz: