Kondopoga

Kondopoga

Pomijając lasy, jest całkiem ciekawie.

Jedziemy przez las, las i las, aż tu nagle – za lasem -kominy, dym, linie wysokiego napięcia – znaczy się – cywilizacja. To Kondopoga – miejscowość, która nie od razu odkryje przed nami swój urok.  Trudno zresztą mówić o szczególnej urokliwości, jeżeli przy wjeździe do miasta witają nas najpierw śmieci, potem obdrapane budynki, a na koniec otwiera się imponujący widok na kombinat celulozowy. Tak tak, Rosjanie mają szczególne upodobanie do umieszczania fabryk celulozy w najpiękniejszych zakątkach kraju. Tak jest nad Bajkałem, tak jest i tu. Z tej 34-tysięcznej miejscowości pochodzi 1/3 (!) całej rosyjskiej produkcji papieru gazetowego.  Dziwne, że w okolicy jest jeszcze tyle lasów.

Ale nie dlatego Kondopoga jest znana w całej Rosji. W 2006 roku doszło tu do zamieszek, którymi przez kilka dni żył cały kraj. A mianowicie, kilku pijanych Rosjan zaczęło rozrabiać w knajpie. A knajpa była Azera. Azer miał kryszę (mafijną ochronę) od Czeczeńców.  Czeczeńcy przyjechali i mocno Rosjan pobili. Tak na śmierć. Jak to, naszych biją??! Czeczeńcy??! I już całe miasto z pochodniami, widłami i grabiami idzie na czarnych (tak nazywani są mieszkańcy Kaukazu), a właściwie to na wszystkich obcych. No i się zaczęło. Z Pietrozawodska przyjechał OMON, a ci nie są szczególnie delikatni.  Po kilku dniach zapanował spokój, kilkadziesiąt osób aresztowano, obcokrajowców przeniesiono w bardziej przyjazne miejsce, a po restauracjach z kuchnią kaukaską zostały zgliszcza. I co, myślicie, że to nic wyjątkowego? Otóż, kochani, takie rzeczy wbrew pozorom nie dzieją się w Rosji codziennie – jak mogłoby wynikać z polskich przekazów medialnych. Wydarzenia te urosły do rangi symbolu i gdy tylko dojdzie gdzieś do wydarzeń, w których skonfrontują się etniczni ruscy  vs imigranci, mówi się o nowej Kondopodze. Owszem, organizacje nacjonalistyczne od czasu do czasu skatują jakiegoś czarnego, ale zawsze spotyka się to z powszechnym potępieniem. Chociaż Rosjanie oficjalnie nie przepadają za gastarbajterami, to nie mogliby bez nich funkcjonować. Nawet tu, na dalekiej północy, nawet w Murmańsku, niezawodnie znajdziemy spelunkę o nazwie „Kaukaski szaszłyk”, a w niej uśmiechniętą, nieogoloną facjatę jakiegoś Astika czy Islama. I tak być powinno.

Na stacji benzynowej (ros. zaprawce) poznajemy Sławę (Sławka) i Julę (Julię). Pracują, co nie dziwi, w kombinacie celulozowym. Zapraszają nas na daczę. Sława tłumaczy nam trasę dojazdu. Często się zastanawiam, czemu ludzie na wschodzie zawsze traktują turystę jak dziecko? Takie, co nic nie wie, nie rozumie, a jak puścisz je gdzieś samemu, to na pewno się zgubi. Jak dasz zabawkę, to zepsuje. A może to tylko my tak wyglądamy? W sumie trudno spodziewać się po ludziach, którzy jadą na rowerach 2000km przez las, żeby byli szczególnie inteligentni. Ale jednak mimo wszystko do tej pory się nie zgubiliśmy!

No więc jak wygląda dojazd na daczę? 20km prosto i na drugim skręcie w lewo. W las. Są inne skręty? Nie ma. W lewo i co dalej? Ooo, dalej to musicie znowu w lewo, potem prosto i w prawo. Ale uwaga! Są inne boczne ścieżki, żebyście tam nie skręcili przypadkiem! Wyraźnie jednak wyglądamy na takich, co chcieliby od razu zboczyć z głównej drogi, więc na wszelki wypadek  Sława rysuje mapkę, z zaznaczonymi wszystkimi skrętami. A długa ta leśna droga? No jakiś dobry kilometr! No tak, oczywiście że nie trafią – Jula patrzy an nas krytycznie. „Ależ damy radę, naprawdę! Wiecie, my już tak ponad 1000km przejechaliśmy” – rozpaczliwie próbuję się bronić. „No, masz rację, a co będzie jak skręcą za wcześnie?”- stropił się Sława, ignorując moje protesty. Ach ci naiwni turyści, nie wiedzą gdzie się pchają. W las. W las! A w lesie – skręcisz w złą drogę i jedziesz przez tydzień prosto, dopóki cię niedźwiedź nie zje. Więc bez żartów. Stanęło na tym, że będą jechać samochodem w naszym tempie, jest piękna pogoda, jest piwko, więc czemu nie? Prawdopodobnie tylko dzięki temu uniknęliśmy pobłądzenia w straszliwym lesie.

A na daczy – jak to na daczy. Wódka, kobiety i śpiew, czyli wszystko po staremu. Ale co, gdy wódki zabraknie? A przecież wiadomo było z góry, że zabraknie. Wtedy wsiadamy do samochodu i jedziemy na poszukiwania. Nagle okazuje się, że w lesie są prawdziwe wioski, a w nich – nieprawdziwe sklepy. To znaczy, punkty zaopatrzenia ludności, ale bez wyraźnych cech bycia sklepem. Ot, ktoś ma większy samochód i jest bardziej przedsiębiorczy niż inni. Jakaś babuszka odrywa się od pielenia ogródka, bierze pieniądze i po chwili przynosi wszystko, czego pragniemy. I chociaż trochę straszno jeździć z pijanym kierowcą, to przecież już zostało wspomniane, że nie jesteśmy szczególnie mądrzy.

Dacza to ulubione miejsce każdego Rosjanina. Posłuchajcie jak ładnie o tym śpiewa  Siergiej Sznurow z zespołu Leningrad:

httpv://www.youtube.com/watch?v=z5gYyZxih5Y&feature=related

A to też piosenka o daczy, w trochę innym stylu

httpv://www.youtube.com/watch?v=JFBsUIRsNZw&feature=related

Tutaj natomiast mój faworyt, trochę bardziej ludycznie:

httpv://www.youtube.com/watch?v=l07INBGwmEQ&feature=related