Ludzie i owady

Ludzie i owady

Jazda w okolicach jeziora Onega wygląda mniej więcej tak:

Człowiek budzi się rano, powiedzmy o 8.00. Wychodzi z namiotu, wykąpać się w promieniach wysoko już stojącego na niebie, północnego słońca. Ale niech tylko wychyli głowę z namiotu, a w mgnieniu oka rzucą się na niego wszystkie wygłodniałe komary, które nie miały tyle szczęścia, żeby pogryźć go wieczorem, a nie zginęły w conocnej planowej eksterminacji wewnątrz namiotu. Ci poranni maruderzy nie są jednak zbyt groźni – wystarczy wyjść na słońce, a z tysięcy głodnych na atak zdecyduje się zaledwie kilkanaście najodważniejszych samiczek. Złożenie tropiku w taki sposób, aby zabić jak najwięcej ukrytym pod nim krwiopijców może natomiast sprawić dużo radości.

Gdy komary ostatecznie uznają swoją porażkę, około godziny 10 do akcji wkraczają meszki. Małe toto, a gryzie wściekle – opędzić się nie sposób. Jedynym zabezpieczeniem jest ubiór od stóp do głów. Najgorzej jest jednak przy pedałowaniu. Wilgotne, bagienne lasy i gorąca temperatura to wylęgarnia końskich much, które rzucają się na biednych rowerzystów stadami. Nie uratuje nas prędkość, bo na szutrowej, wyboistej drodze – a takich nad Onega większość – nie da się pojechać więcej niż kilkanaście km/h, a to dla bździągw nie jest żadną przeszkodą. Mamy wybór – jechać w długich spodniach, kurtkach i moskitierach na twarze – przy temperaturze dobrze ponad 30 stopni, czy pogodzić się z myślą o nieustannym swędzeniu? Samoistnie ustalił się algorytm – jeżeli liczba owadów na człowieka nie przekraczała 20 nie zakładaliśmy dodatkowych elementów stroju. 20 – to jeszcze nie tak źle. 10 lata dookoła ciebie, około 5 odpoczywa na sakwach, a raptem 5 próbuje cię ugryźć. Co to dla nas! Kluczem jest tu zgrana współpraca między partnerami. Nie ma mowy o słuchaniu muzyki, trzeba cały czas słuchać komend:

-„lewy półdupek, prawy bark!”

Plask, plask!

-„świetnie, prawie go miałeś, przesiadł się na lewe udo!”

plask! I trup pada na drogę, ale nie ma czasu na radość z sukcesu Kasi, bo oto słyszysz za swoimi plecami głos Wichra:

-„dwa pod łopatką, szybko!”

Plask!

Ale już wiesz, że jest za późno. Ukłucie rozlewa się pod rzeczona łopatką, a skrzydlaty bandyta odleciał zadowolony. Nie możesz jednak gubić koncentracji. Ocho! Na sakwie Kasi usadowiły się 3 końskie muchy! Szybki podrzut klapka, błyskawiczne uderzenie (przyznaję, nieco na oślep, ale w końcu  podczas jazdy trzeba myśleć nie tylko o precyzji, ale i bezpieczeństwie) i na spodzie klapka pojawiają się dwie mokre plamy. Trzeci złoczyńca tym razem uniknął karzącego klapka sprawiedliwości.

Jedziemy siłą rzeczy dobrym tempem – nikt nie chce być ostatni, bo kto będzie mu krzyczeć, na który bark ma uważać? Toczę osobistą wojną z osobnikiem, którego nazywam władcą much – dopiero później dowiem się, że to bąk bydlęcy. Lata dookoła mnie już dobrych 5 km i nijak nie idzie go strącić. Wielki jak niedźwiedź, aż strach ręką pacnąć. Tu potrzebny jest jednak klapek. Ale klapkiem można pomachać minutę – dwie, ale potem trzeba jednak pedałować. Czy już wspominałem, że jestem fanem jazdy na rowerze w klapkach i klapków w ogóle[1]? Wtem…

Wicher

przebił

oponę.

Stajemy, a czas razem z nami. Jak na zwolnionym filmie widzę nadlatujące ze wszystkich stron skrzydlate potwory. Jak w Matriksie, tylko że zamiast lecących kul mamy lecące ślepaki. A ja uchylam się niczym Neo. A one atakują dalej. Wiem jednak, że prawdziwy przeciwnik jest jeden. Władca much. Aget Smith. To on podłożył pinezki na drodze Wichra, nie mogąc już za mną nadążyć. Teraz jestem  jak na widelcu. Bydleń nie wie jednak, że stojąc na ziemi, mogę używać jednocześnie dwóch klapków. Walka nie trwała długo, a wynik mógł być tylko jeden. Wielka plama na podeszwie nie pozostawiała wątpliwości co do wyższości Homo sapiens nad Tabanus bovinus.

I wtedy dotarł do mnie przeraźliwy krzyk przyjaciela. Krążyło nad nim już kilka bydlaków, najwyraźniej rozjuszonych śmiercią swojego przywódcy (?). Błyskawicznie rzuciłem klapkiem w wściekle atakujące owady, jednak pech chciał, że trafiłem zmieniającego oponę Wichra w głowę. Ruszyłem do przodu. Niewiele pamiętam z tego, co działo się dalej, wiem jedynie, że gdy wreszcie uciekliśmy z tego przeklętego miejsca, moje klapki lepiły się do pedałów.

A Wicher, cóż… Pobił rekord świata w prędkości zmieniania opony, ale nie uchroniło go to przed ukąszeniami. Trochę nam napuchł. Właściwie to zrobił się okrągły jak bańka. Już się nawet martwiliśmy, czy nie poszukać jakiegoś szpitala 9ciekawe gdzie?) ale napotkany rusek powiedział “nie piereżywaj, bratan, eto normalno”. Normalnie ten koleś tak nie wygląda:

Była to bez wątpienia najbardziej dramatyczna przygoda związana z arystokracją wśród krwiopijców – bąkami bydlęcymi, końskimi muchami i gzami. Wprawdzie stworzenia te są aktywne do późnego wieczora, to stosunkowo łatwo znaleźć miejsce biwakowe, gdzie nie zastaniemy ich towarzystwa. Wystarczy, że będzie w miarę sucho i przewiewnie. Za to bez wątpienia spotkamy tam kogo? No kogo?

Tak jest! Już w momencie zejścia z rowerów i postawienia stopy na suchym lądzie wita mnie radosny bzyk tysięcy komarów, zaskoczonych tak niespodziewaną okazją do kolacji. „Turyści! I to jeszcze innostrańcy! Ależ nam się trafiło, droga kumo! A nie mówiłam, że warto było tu przylecieć na wakacje?”

Głupie stworzenia nie wiedzą, że mam dla takich jak one mocną odpowiedź – moskitiera na głowę, rękawiczki na ręce i mogą mi naskoczyć. Czy wiecie, jak przyjemne może być żałosne bzyczenie komara, który zrozumiał, że w żaden sposób nie da rady się do ciebie dobrać? Hola hola, w żaden? A jak jeść? A fajkę zapalić? Nie ukrywajmy, komary zbiorą swoje żniwo, a nasze super sposoby mogą je jedynie ograniczyć. Ale ok. godziny 2 w nocy, gdy zajdzie słońce, możemy wreszcie zdjąć moskitiery i cieszyć się piękną, spokojną, szaro-białą rosyjską nocą.

 



[1] Nie mogę w tym miejscu nie polecić bloga Klapki Kubota State of MInd http://klapkikubota.wordpress.com/