Onega

Onega

Nad Onegą znaleźliśmy się zaraz po przepłynięciu promem rzeki Świr (mostu, rzecz jasna, nie było). Drugie co do wielkości jezioro w Europie robi bardzo sympatyczne wrażenie. Bez większych problemów znaleźliśmy piaszczystą plażę na skraju sosnowego lasku i cieszymy się biwakiem nad brzegiem. Mamy chyba w sobie jeszcze sporo pierwotnych instynktów, bo siły ognia, wody, powietrza i ziemi – wszystkie zjednoczone po to, aby uprzyjemnić nam wieczór – wprowadzają w stan swego rodzaju euforii.

Dobry humor szybko mija, gdy następnego dnia znowu trzeba się tłuc po szutrowej drodze, jak zwykle atakowanym przez roje końskich much. „Panie, a kiedy będzie asfalt?”- pytam dziadka pod sklepem. „A już niedługo, niedługo młody człowieku. Jak wjedziecie do Karelii to się zacznie, bo tu u nas, w Leningradzkiej obłasti, to nie bardzo o drogi dbają.” I rzeczywiście, spełniło się proroctwo staruszka. Dokładnie od tabliczki z napisem „Autonomiczna republika Karelii” zaczyna się piękna, asfaltowa droga do Pietrozawodska.

Wcześniej czekają nas jednak dwa dni atrakcji, takich jak piękne przykłady architektury – drewniane cerkwie z XVII w, obecnie w mniejszej lub większej ruinie, prawie nigdy nie działające. Zadupie jak się patrzy, miłośnicy Stasiuka będą zachwyceni. Jedynym fajerwerkiem jest muzeum Wepsów w miejscowości Szeltoziero.

Słyszeliście kiedyś o Wepsach? Ja też nie, chociaż wymierających narodów żyjących na terenie Rosji znam całkiem sporo. Wepsowie to lud ugrofiński, czyli krewniacy Finów i mieszkających za miedzą Karelów. Nie jest ich znowu tak mało, żeby bić na trwogę – całe 8 tysięcy. Nie jest ich też na tyle dużo, żeby głośniej dawali o sobie znać. Karelowie, których jest 150 tysięcy, to nawet o niepodległość walczyli! Wywalczyli ograniczoną autonomię, więc i tak nieźle. A Wepsowie? Byli dobrymi rybakami, świetnymi rzemieślnikami i niezrównanymi kamieniarzami. Z kamienia wydobywanego w okolicy został nawet zrobiony sarkofag Napoleona, spoczywający w kościele Inwalidów w Paryżu. Powszechnie wiedziano, że każdy Weps to złota rączka, więc całe wsie jeździły „na saksy” do Petersburga, Moskwy, a może i dalej. A kto chciałby wracać ze stolicy imperium do jakiegoś Szełtoziera, Szczelejek, Rybrieki? Co z tego, że żonka zapłakana, a dzieci biegają boso? Niejeden Weps, zasmakowawszy miejskiej panny, nie chciał wracać do wioskowej baby.  Wsie pomalutku wyludniały się, a pamięć o rzemieślniczych talantach ginęła. Mamy więc kolejny wymierający po cichu lud, który został zamknięty w muzeum. Ale nic to, póki co wciąż możemy usłyszeć w sklepie dziwny, rytmiczny język, a panie z chóru wiejskiego ochoczo występują przed turystami.

Posłuchajcie:

My tymczasem docieramy do Pietrozawodska.

Stolica Karelii i jej największe miasto robi całkiem sympatyczne wrażenie. Karelów mieszka w nim wprawdzie niewiele, ale skąd ich brać, kiedy chowają się po wioskach? Ładna nabiereżnaja, latające pontony (ściśle rzecz biorąc, pontonolotnie), w miarę czysto. Wprawdzie kawałek za reprezentacyjnym deptakiem nadjeziornym jest plaża z zardzewiałym kutrem i hałda jakiegoś bitumu, ale nie czepiajmy się szczegółów. Jest nieźle. Takie miasta mają to do siebie, że ciężko się z nich wydostać, bo jest za dobrze. Albo dlatego, że promy są za drogie. Chcieliśmy popłynąć na słynną wyspę Kiżi, z jeszcze słynniejszą cerkwią, ale koszt ponad 400zł w dwie strony byłby prawie połową naszych wyjazdowych oszczędności, więc z bólem serca postanowiliśmy zrezygnować. Z Pietrozawodska udało się wyjechać  po prawie dwóch dniach, przebitej oponie i pękniętej stopce rowerowej.

Przed nami już tylko lasy, bagna, jeziora i lasy.

I jeszcze bagna.

I lasy.