Murmańsk

Murmańsk

 Wygląda na to, że jesteśmy u kresu. Rano obudziliśmy się w domu naszego kolegi Jury z Oleniegorska, wielce zadowoleni, że nie w namiocie. W nocy był lekki przymrozek. W dzień – 7 stopni. Świadomość, że cel już blisko, wcale nie dodaje skrzydeł. W dodatku ostatnie 100km oczywiście pod górkę. Aż w końcu… wcale nie ukazuje się piękna panorama miasta, ani nawet monumentalny, betonowy napis „Murmańsk”, jak to zwykle przy wjeździe do radzieckiego miasta. Zamiast tego mamy stację Łukoilu i niebieską tablicę informujcą nas, że oto ”Miasto – bohater Murmańsk wita was!”

„My też bohatery” – myślę sobie, ale przez skromność nie mówię nic. Odwracam głowę, żeby towarzysze, a zwłaszcza towarzyszka, nie zobaczyli łzy wzruszenia toczącej się z wolna po policzku, zlewającej się na wąsach z wydzieliną cieknącą z nosa. Pomaga chusteczka z karelskim haftem, ofiarowana przez babuszkę z miejscowości Dierewiannoje.  Oto ziściło się kolejne marzenie, kolejny plan wykonany.

Nie czas się roztkliwiać, czas znaleźć centrum i Maksima, który przyobiecał nam nocleg. Tadżyk z marszrutki chyba nie bardzo rozumie, gdy pytamy go o centr goroda. „Cienter, cienter… znaczyt pięć kątów?” Jakie pięć kątów, człowieku?! Rosjanin z taksówki jest bardziej kontaktowy i okazuje się, że  Plac Pięciu Kątów, to właśnie centrum.

Moi drodzy, czy wiecie, jak wygląda typowe sowieckie śródmieście? Mamy plac, a na placu najokazalszy w mieście pomnik Lenina. Z jednej strony obowiązkowo siedziba władz administracyjnych, a z drugiej hotel – wizytówka miasta. Z trzeciej najczęściej kinoteatr, a czwartą zajmuje główny dom handlowy (GławUniwerMag). Sprawdza się we wszystkich typowych miastach sowietów. Murmańsk mógłby służyć za model, gdyby pomnik wodza rewolucji nie był przesunięty nieco dalej. Mamy za to Kirowa – przewodniczącego partii komunistycznej w Leningradzkiej Obłasti, bardzo w tych stronach lubianego. Jego zabójstwo rozpoczęło czystki 1937 roku. Siedziba Dumy – jest. Dom Kultury (im. Kirowa) – a jakże. Dom handlowy – jest. Ma nawet modelową nazwę „Wołna” (волна), czyli fala. Nie wiem czemu plac nazywa się pięć kątów, skoro naliczyłem tylko cztery. Mniejsza o to. 16-piętrowy hotel „Arktika”, jako najwyższy budynek w mieście bez wątpienia byłby jego wizytówką, gdyby nie to, że od czasu nieokreślonego jest w remoncie. To zresztą również cecha charakterystyczna-  porządne poradzieckie miasto powinno remontować swój główny (czasem jedyny) hotel. I to remontować jak najdłużej, tak, aby turyści widzieli, że miasto rzeczywiście się rozwija, że idzie ku lepszemu. A tymczasem nie ma się tu po co zatrzymywać, zapraszamy za pięć lat, gdy już wszystko ładnie odmalujemy, postawimy na nogi fabryki, wygonimy „czarnych” i będzie jak za sojuza.

Chociaż w najbardziej na północ wysuniętym niezamarzającym porcie Rosji może to działać nieco inaczej. Z racji swojego położenia zawsze miał kontakt ze światem, w czasie wojny docierały tu aliancka pomoc w ramach lend – lease act  – jednostronnego wsparcia ekonomicznego ze strony Ameryki dla Związku Radzieckiego.

W końcu znajdujemy Maksima, który postanowił przywitać nas wraz z całą ferajną.Jak może wyglądać syn marynarza, prawdziwy mużyk z północy?

Maksim ma 21 lat, a wygląda na 30. Dwa metry wzrostu, łapy jak u, nie przymierzając, niedźwiedzia. Długie włosy, szelmowski uśmiech, długi, czarny, skórzany płaszcz. Taki jak z filmów o rosyjskiej mafii. „Dałem za ten płaszcz 10 tysięcy złotych, ale wiesz, dzięki temu moi partnerzy w biznesie bardziej mnie szanują.” Blizna na przedramieniu: „Aaa, pojechaliśmy kiedyś ze znajomymi nad rzeczkę no i przyszedł misiek. Dziewczyny się bały, więc poszedłem go odpędzić, no i trochę mnie drapnął.” Wybity ząb: „Nie zdążyłem sobie jeszcze wstawić, miałem wypadek samochodowy, chcesz zobaczyć zdjęcia?” I pokazuje fotografie samochodu, który nie nadaje się już nawet na żyletki. „Wzięli mnie do szpitala, ale wiesz, u nas ze szpitala to się wychodzi w trumnie, więc sam się wypisałem po dwóch dniach. Gips na nodze zdjąłem po tygodniu, bo wkurzał. Widzisz, 6 zębów już wstawiłem, został tylko ten jeden, ostatni.” A zadrapania na ręce? „Tydzień temu świętowaliśmy u mnie przysięgę kolegi. Wyszedłem w nocy po fajki, wracam, a tu drzwi zamknięte, krzyczę, wołam, dzwonię, nikt nie odpowiada. Posnęli pijacy. No to wszedłem po drzewie na balkon, wybiłem ręką szybę i poszedłem spać. A szybę kazałem odkupić. O, widzisz, nowa, jeszcze czysta!”

Taki to właśnie mużyk. W zimie jeżdżą z ojcem na polowania w tajgę. „Mój ojciec to dopiero wariat, musiałbyś się z nim przejechać! Potem inaczej na życie spojrzysz!” Patrzę na Maksima i jakoś dziwnie mu wierzę.

W takim to doborowym towarzystwie spędziliśmy dwa dni w Murmańsku.  Z atrakcji turystycznych możemy tam zobaczyć jeszcze Lenina i Aloszę. Lenin – to nie tylko pomnik, ale też pierwszy na świecie atomowy lodołamacz. Pełnił służbę w latach 1959-89, a obecnie zamieniony w muzeum, stoi w murmańskim porcie. Murmańsk jest portem – matką dla Atomfłotu, czyli atomowych lodołamaczy. Siedem z nich, o wdzięcznych nazwach takich jak „50 lat zwycięstwa”, „Związek Radziecki” czy „Północna Droga Morska”, wciąż jest w użyciu, inne spoczywają w suchych dokach. W latach swojej świetności były takim samym dowodem na rozwój technologii jak loty w kosmos. Szkoda, że akurat przez dwa dni naszego pobytu „Lenin” był zamknięty.

Dla fanów atomowych lodołamaczy, sowiecka kronika filmowa:

Ale Maksim przede wszystkim pokazać Aloszę. O tym Aloszy słyszymy zresztą już od kilkuset kilometrów, więc jesteśmy nakręceni. I rzeczywiście, robi wrażenie. Pomnik Obrońcom Sowieckiej Arktyki podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, bo tak się oficjalnie nazywa, to 35 metrowa statua żołnierza z pepeszą, spoglądającego dumnie ze wzgórza na miasto. Co ciekawe, większa od niego jest tylko Matka – Ojczyzna (Мать – Родина) w Wołgogradzie, 52 metry. Spod stóp żołnierza rozciąga się piękna panorama Murmańska leżącego pośród klifów. Krajobraz jak z norweskiej pocztówki, gdyby nie drobny szczegół… W Norwegii, o ile się nie mylę, nie ma za wiele bloków. A nawet jeśli są, to nie dominują. Murmańsk to same bloki i monumentalne kamienice w centrum. Nie ma co się dziwić, miasto zostało założone w 1916 roku, a szczyt liczebności mieszkańców przypadł na lata 80., gdy mieszkało tu prawie 470 tys. ludzi. Do dziś pozostało nieco ponad 300 tysięcy. Aloszy nie wydaje się to jednak przeszkadzać. Pod pomnikiem płonie wieczny ogień – jak już wiemy, element niezbędny w każdym szanującym się mieście sowieckim, a dalej mamy aleję sławy. Aleję sławy miast. Miast – bohaterów.

Otóż, kochani, Rosjanie mają dziwną manię nadawania tytułów i odznaczeń wszystkiemu, czemu się da. Jest to również wyraz powszechnej fiksacji na punkcie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, nazywanej w reszcie globu II światową. Miasto wyróżnione tytułem Miasta-bohatera otrzymywało medal „Złotą Gwiazdę”, order Lenina, oraz dyplom Prezydium Rady Najwyższej ZSRR. Dodatkowo budowano specjalny obelisk upamiętniający wyróżnienie, na którym umieszczone były wizerunki medalu “Złota Gwiazda”, “Orderu Lenina” oraz tablica przedstawiająca dyplom Prezydium Rady Najwyższej ZSRR o nadaniu tytułu. Piękne.

Jedynie 13 miast dostąpiło tego zaszczytnego tytułu, nazwy wszystkich możemy przeczytać pod Aloszą, tak jak i pod każdym innym tego typu pomnikiem na terenie byłego ZSRR. Sama idea jest genialna – po czystkach roku 1937 Stalin zorientował się, że nadawanie najwyższych odznaczeń ludziom jest wielce kłopotliwe – potem okaże się taki zdrajcą i trzeba będzie go usuwać ze wszystkich zdjęć, książek, fotografii? Albo co gorsza, będzie popularny i zamiast skazać go po bożemu, trzeba będzie bawić się w skrytobójstwo? Tak, orderem Lenina przestano na jakiś czas nadmiernie szafować. A ludzie przecież potrzebują bohaterów. I oto mamy świetne rozwiązanie – miasto! Wieś! Okręg! Zakład pracy! Przecież tego się do łagru nie wsadzi, co najwyżej dyrektora, burmistrza. I medalu nie trzeba odbierać!

Tak oto, zgodnie ze statutem państwa, orderami mogli być nagradzani obywatele ZSRR oraz przedsiębiorstwa, jednostki wojskowe, instytucje, organizacje, republiki związkowe i autonomiczne, kraje, obwody, rejony, miasta i inne jednostki podziału administracyjnego. Mogli być nimi nagradzani również obywatele innych państw, a ponadto firmy, instytucje, organizacje i miasta z tych krajów.
Najwyższym odznaczeniem w ZSRR był właśnie Order Lenina[1], wyobraźmy sobie zatem radość mieszkańców, gdy Murmańskowi zostało przyznane właśnie takie odznaczenie! Maksim i jego przyjaciele są zresztą z niego dumni po dziś dzień. W ten sposób jego miasto zyskało status porównywalny niemal z Petersburgiem, który, trzeba to jednak powiedzieć uczciwie, posiada dwa[2] takie medale. Murmańszczanie spokojnie za to mogą śmiać się z Pietrozawodska, który jest raptem kawalerem Orderu Czerwonego Sztandaru Pracy. Naturalnie to odznaczenie również znajduje się w gablocie mera Murmańska, tuż obok Orderu Wielkiej Wojny Ojczyźnianej I-go stopnia.

I choć już jesteśmy zachwyceni panoramą miasta, choć już łza się w oku zakręciła nad bohaterstwem obrońców Arktyki, chociaż doceniamy chwałę radzieckiego oręża, to przyjaciele zabierają nas jeszcze na drugą stronę rzeki, pokazać czołgi, rakiety, samoloty, działa i tak dalej. Żałują, że nie ma czasu, żeby wywieźć nas do Doliny Sławy – miejsca największych starć z faszystami na froncie północnym. Wicher w siódmym niebie, a i my zadowoleni, bo nie co dzień ma się okazję posiedzieć na rakiecie wycelowanej kiedyś w Oslo. W międzyczasie słyszymy opowieści, jakie to dopiero jaja są zimą, zorze polarne i -40 stopni. Koniecznie-musicie-przyjechać-w-grudniu! Chciałbym bardzo, może kiedyś się spełni?

_______________________________

[1] Był jeszcze Order Zwycięstwa, nadawany wyłącznie za zasługi w II wojnie światowej. Jego kawalerami zostało zresztą tylko 20 osób, z czego Leonid Breżniew został pośmiertnie pozbawiony orderu.

[2] Ale za co ten drugi Lenin? „Na uczczenie 250-lecia miasta”. Powiedzmy sobie szczerze, Murmańsk jest tu pokrzywdzony. Co gorsza, nigdy już Lenina nie dostanie, chociaż za 5 lat będzie obchodzić stulecie. Najwyższe odznaczenie ZSRR nie jest już nadawane, jako że nie ma też państwa, które je przyznawało.