Sołowki

Sołowki

 

Nad wodami Morza Białego, gdzie przez pół roku noce są białe, na Wielkiej Wyspie Sołowieckiej bieleją cerkiewki, opasane fortecznym murem z nieforemnych głazów, porudziałych, bo je rdzawy mech pokrył, a szarobiałe sołowieckie mewy krążą ze skwirem nad twierdzą. Wydaje się, że w tej świetlistej przestrzeni nie ma miejsca na grzech. Przyroda tutejsza jeszcze jakby nie dojrzała do grzechu.
                                                                                           Michał Pryszkin, 1908

Statek płynie ok. 2,5 godziny, przez które nad naszymi głowami nieustannie krążą czajki, czyli mewy. W pewnym momencie z wody wyłania się niewielka górka – zapewne wzgórze Golgoty – a wkrótce widać również kopuły monastyru, otoczone wysokimi murami. Mury rosną, rosną, rosną, aż w końcu widzimy potężny kreml w całej okazałości. Widok jak ze starych zdjęć Prokudina-Gorskiego. Jakieś drewniane domki, kilka murowanych ruin, stare krypy w zatoczce. Ponad wszystkim góruje imponująca cerkiew. W pełnym słońcu biel murów razi oczy, kontrastując z szaro-czarnymi kopułami pokrytymi gontem. Pozornie niewiele się tu zmieniło od czasów Rewolucji Październikowej.

Mimo swojego oddalenia od Moskwy, wyspy sołowieckie przez setki lat były duchowym centrum Rosji. Działał tu jeden z najsilniejszych i najważniejszych zakonów prawosławnych, skąd na całe imperium płynęły modlitwy o pomyślność, a o łaskę przyjeżdżali prosić carowie. Ironia losu sprawiła, że w XX wieku to samo miejsce stało się jądrem ciemności, ziemią przeklętą, komórką rakową, która rozpoczęła śmiertelny atak na osłabiony już organizm największego kraju świata.

Aleksander Sołżenicyn tak pisze w „Archipelagu Gułag” o początkach osadnictwa na Sołowkach:

„Na wyspie nie było mięsożerców, a rozmnażały się głuszce, zające i jelenie. Dlatego starcy Zossima i Sawwatiusz uznali ją za świętą, bo drapieżniki się jej nie trzymają. Gleba nie była tylko świętą, lecz również żyzną, zdolną do wykarmienia tysięcznych rzeszy ludzkich. Iwan Kałyszew tak unowocześnił w XVI w. rolnictwo, że nawet 300 lat później nikt by się tego nie powstydził. Białą, słodką kapustę nazywano sołowieckimi jabłkami”.

Im bardziej zbliżamy się do jądra ciemności, tym więcej znaków przypominających o poprzedniej epoce. W końcu północ to matecznik obozów pracy przymusowej. Tak naprawdę druty kolczaste i resztki strażnic można znaleźć wszędzie. Sołżenicyn podaje nawet konkretne przykłady – za tą i za tą stacją benzynową, 10 metrów w las; za tą wsią skręcić w prawo i jechać 10km. Nie trzeba się aż tak wysilać. Żeby dojechać do Kiemu – portu, z którego odpływają statki na archipelag sołowiecki– trzeba zboczyć 30km z głównej drogi, wzdłuż której ciągną się zasieki, co jakiś czas urozmaicone wieżami strażniczymi. Mijamy również poligon, miasteczko dla żołnierzy i trochę opuszczonych budowli niewiadomego przeznaczenia.

Kiem to jedno z tych miast na magicznej północy, w których na pewno nie chcielibyście spędzić wakacji. Po  karelsku osada nazywała się Wegeraksza, czyli gniazdo wiedźm. Całkiem logiczne więc, że osiedlali się tu głównie funkcjonariusze NKWD. Oprócz nich mieszkali tu z przymusu inżynierowie, robotnicy i byli więźniowie, którzy nie mieli już gdzie wracać. Istniał tu „obóz przejściowy”, czyli punkt przeładunkowy skazańców. Po upadku systemu kto tylko mógł, wyjechał stąd jak najdalej, dlatego miasto wydaje się być w jeszcze bardziej opłakanym stanie, niż inne w okolicy. Odrapane „piatietażki” (bloki[1]), zardzewiały pomnik „miru mir”, pośrodku skweru zarośniętego chwastami, nawet monument Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, choć odmalowany, nie przedstawia się zbyt reprezentacyjnie. Główny plac powinien nosić imię Lenina – albo chociaż Kirowa – ale nie ma pomnika ani jednego, ani drugiego. Naliczyliśmy dwie cerkwie. Pierwsza, murowana, przedstawia obraz nędzy i rozpaczy. Nabożeństwa są odprawiane w podziemiach. Druga, drewniana – w remoncie. W sklepie można kupić gazetę – „Sowieckie Morze Białe”.

Zerknąłem w internecie, co też ciekawego oferuje nam miasto Kiem. Według miejskiej administracji, atrakcji tu bez liku, a zostać można spokojnie na 3 dni. Przyjedźcie do nas, a na pewno się nie zawiedziecie.

„W Kiemie ma siedzibę muzeum kultury pomorskiej, są trzy zabytki architektury o znaczeniu krajowym i ponad 30 innych ciekawych obiektów. Miasto ma dwa hotele z wysokim poziomem obsługi, na dobrym poziomie są również usługi gastronomiczne i motoryzacyjne. Z tych powodów  turyści  mają możliwość pozostania w mieście na 2-3 dni, aby dokładnie zwiedzić Kiem i jego okolice”.[2]

 

Zapraszam.

Żałuję, ale nie mieliśmy możliwości zostać w Kiemie wystarczająco długo, by odnaleźć choćby pomnik Lenina, nie mówiąc o innych atrakcjach. O 9.30 rano grałem z panami spod sklepu w moją ulubioną grę towarzyską „skąd ty sam?” (откуда ты сам? – skąd jesteś?) Bawić się można tylko z tymi, którzy nie potrafią dokładnie zlokalizować Polski na mapie. Najpierw trzeba wytłumaczyć, że nie jest to były kraj Sojuza, to nie Czechosłowacja, ani broń Boże Niemcy!  Z Polszy pochodzi Jan Kos, „czietyrie tankisty i sabaka”, Hans Kloss razem z Bolkiem i Lolkiem! Jeśli i to nie działa, odśpiewuję zwykle czołówkę „Czterech pancernych”. Jeśli nasz interlokutor dalej nie kontaktuje, można powiedzieć mu cokolwiek, w zależności od tego, jak długo chcemy grać. Jak widać, zabawa jest prosta, a uciechy daje co niemiara! Tym razem jednak bomż[3] spod sklepu mnie zaskoczył. Nie wiedział wprawdzie, gdzie polska ziemia, ale wiedział za to, gdzie jest port. Otóż port w Kemie leży 10km od Kiemu, a my mamy niecałe pół godziny, by się tam dostać! W ten sposób dalsze zwiedzanie przebiegło błyskawicznie. Jak burza popędziliśmy do portu, zdążyć na pierwszy i ostatni tego dnia statek. Na naszej drodze stanął pies – i tu kolejny złowieszczy znak – zaraz został przejechany przez rozpędzonego Żygulina[4]. A my nawet nie mieliśmy czasu się obrócić, byle szybciej, byle zdążyć na ostrów!

W ten oto sposób po raz któryś z kolei podczas  podróży wzbudziliśmy niechęć współpasażerów, zajmując rowerami resztki niewielkiej przecież przestrzeni życiowej na równie niewielkim statku o wdzięcznej nazwie „Zamieć”. Wicher był zachwycony pokrewieństwem łajby i swojego nazwiska.

W 1923 na Wielkiej Wyspie Sołowieckiej został powołany SLON (СЛОН) –Sołowiecki Łagier Specjalnego Przeznaczenia. Funkcjonariusze służb bezpieczeństwa mieli zmysł estetyczny, a nawet swego rodzaju poczucie humoru, więc nic dziwnego, że na klombie, przed barakiem komendy obozu widniał sympatyczny słoń. Na czymś w rodzaju siodła miał narysowaną literę „U” . Razem znaczyło to USLON – czyli Uprawljenie (Zarząd) Solowieckich Łagierej Osobowo Naznaczenija. Ten sam rebus można było znaleźć na sołowieckich bonach pełniących rolę pieniędzy.

Kto siedział w komendanturze obozu? Chociażby taki F. Eihmans – zbieżność nazwisk z hitlerowskim oprawcą przypadkowa, ale znacząca. Potem zagnieździł się tam Naftalij Frenkel, były skazany, który dzięki swojej przedsiębiorczości szybko wyszedł na wolność i zrobił zawrotną karierę w aparacie bezpieczeństwa. Jest autorem słynnej maksymy, że „więzień jest przydatny tylko przez pierwsze 3 miesiące swojego pobytu w obozie” i przez ten czas należy go maksymalnie eksploatować.

Zrozumienie Sołowek to klucz do zrozumienia GUŁAGu. Jak zaczęła się historia łagrów w Związku Radzieckim? Sołżenicyn wyjaśnia to mniej więcej tak: Bolszewicy nie byli jedyną partią socjalistyczną walczącą z caratem – obok nich byli również m.in. mienszewicy i eserowcy. W czasie, gdy Lenin z kolegami umacniali swoją władzę, dawni sprzymierzeńcy szybko lądowali za kratkami. Chociaż nowy reżim w ramach „dyktatury proletariatu” nie wahał się mordować duchownych, kułaków i „białych” przeciwników, to w kwestii działaczy socjalistycznych był bardziej ostrożny. Lenin wciąż liczył się z opinią Socjalistycznej Międzynarodówki, chciano również eksportować jak najlepszy obraz sowieckiego państwa, aby zyskać akceptację na arenie międzynarodowej. Siedzący w więzieniach Moskwy i Petersburga socjaliści bez większych przeszkód porozumiewali się z zagranicą, co fatalnie wpływało na obraz Kraju Rad.  Postanowiono zatem znaleźć im miejsce na tyle odizolowane od świata, żeby ten o nich w końcu zapomniał.

Udało się. Jeden z wielu spektakularnych sukcesów komunistów – wywiezienie niewygodnych więźniów na wyspy Morza Białego! Tylko co  dalej?

Więzień to po rosyjsku zek. Z/k, czyli zakluczennyj. Zamknięty. Na klucz.

Zeki były zatem już na wyspie, nie wiadomo było tylko, co z nimi robić. W Moskwie Lenin dogorywał po wylewie, a Stalin szykował się do rozgrywki o władzę, pilnując, by światła dziennego nie ujrzał testament wodza. Jak w takiej sytuacji myśleć o jakiejś wyspie na końcu świata? Biedny komendant Eihmans, nie wiedząc co robić, wymyślał więźniom coraz to nowe rozrywki. A to liczenie mew, a to przerzucanie kamieni z miejsca na miejsce. Często trzeba też było śpiewać na całe gardło Międzynarodówkę, aż do omdlenia.  W sumie były to jednak przecież tylko niewinne zabawy. Tymczasem tworzona przez setki lat przez mnichów infrastruktura rolnicza na wyspie popadała w ruinę. W obozie działał teatr, kółka zainteresowań, wydawano kilka gazetek. Od roku 1925 istniało pismo „Sołowieckie Ostrowa” z ilustrowanym dodatkiem „Nowe Sołowki”. Od 1926 roku można było je prenumerować w całym kraju. Wydawanie gazet i literackie spełnianie się musiało być dobrym sposobem na odreagowanie obozowej rzeczywistości.

Swoje pismo mieli nawet szpicle, tajniacy, krety i donosiciele – najbardziej znienawidzona grupa w obozie. Tych, którzy zostali zdemaskowani, wysyłano na wyspę Kondostrow, na wyrąb lasu. Wydawali tam gazetkę ścienną „stukacz” –czyli szpicel. Na jej łamach donosiciele demaskowali się wzajemnie, starając wykazać się przy tym jak największym humorem i dystansem do własnego, ponurego zajęcia.

Złote czasy skończyły się wraz z nadejściem Naftalija Frenkla. To on miał przedstawić Stalinowi szeroko zakrojony projekt wykorzystania niewolniczej pracy więźniów. Nie wiadomo wprawdzie, czy do spotkania między nimi kiedykolwiek doszło, ale pewne jest, że Frenkel, jako bogaty przedrewolucyjny przedsiębiorca, nie mógł patrzeć z założonymi rękoma na marnotrawstwo siły roboczej w obozie. Wkrótce SLON produkował drewno na eksport, zaczęto też hodować bydło. Zorientowano się, że wśród „politycznych” jest mnóstwo inżynierów, przydatnych przy budowie socjalistycznego państwa. Siłą robocza aż się prosiła, by zostać wykorzystaną. Szybko ruszyły prace przy budowie drogi i kolei do Murmańska. Zbiegło się to w czasie z zagarnięciem pełni władzy przez Stalina, który chcąc nie chcąc, musiał teraz posyłać za kratki nowe rzesze swoich przeciwników. A przecież w kolejce czekały jeszcze setki tysięcy kułaków!

Sołowki zaczęły dawać przerzuty.

Na początek Kiem – punkt przeładunkowy. Następnie półwysep Kolski – najbliższa okolica. Potem poszło już z górki – republika Komi, okolice Uralu. Choroba szybko przeniosła się na inne części organizmu – Syberia i Kazachstan przecież jeszcze przed rewolucją były popularnymi miejscami zsyłki. Do 1937 roku cały kraj pokryty był gęstą siecią obozów, złączonych pod wspólnym szyldem GUŁAGu – Głównego Zarządu Obozów. Sołżenicyn nazwał ten system archipelagiem – poprzez analogię do wysp sołowieckich. Obozy były wyspami drugiego państwa, funkcjonującego równolegle do ZSRR. Zamieszkiwało je plemię zeków – tubylców, mających własne prawa i obyczaje, dość różne od ich pobratymców spoza krat.

Z biegiem czasu koło represji toczy się coraz szybciej i na archipelag trafiają tysiące nowych zeków, a warunki życia dramatycznie się pogarszają. W latach trzydziestych w modzie są już nowe zabawy – latem nadzorcy posyłają „na pieńki” – rozbierają więźnia do naga i przywiązują do pnia. To chyba najbardziej błyskotliwa tortura – po chwili ciało straceńca pokrywają tysiące komarów, przed którymi nie można się w jakikolwiek sposób ochronić. Niektórzy umierali w ten sposób z powodu wykrwienia. Wyssani do cna, ostniej kropelki krwi. Komary były tak napite że ledwo mogły odlecieć. Można też dostać zawału. W zimie zabawa z pieńkiem nie była tak widowiskowa, ale gdy oblać nagusa zamarzającą wodą, od razu robi się weselej. Przyroda Sołowek dawała nieskończone możliwości tortur. Można zaprowadzić człowieka w bagna, aż pogrąży się po szyję i tak mu kazać stać. Wywieźć na bezludną wysepkę, bez jedzenia. Albo inna zabawa z pieńkiem – przywiązać zeka na całą długość do grubego, ciężkiego polana i zrzucić ze schodów, które prowadzą do jeziora. Schody miały 365 stopni.

W 1712 przeor Hiob miał widzenie. Matka Boska powiedziała, że wzgórze na wyspie Anzerskiej ma nosić nazwę Golgoty. Jakiej Golgoty, czemu Golgoty?  Na swoją nazwę zasłużyło dopiero 200 lat później. Dziś można przespacerować się między krzyżami ustawionymi na masowych grobach.

Nie trzeba zagłębiać się w ponurych myślach, krążąc od mogiły do mogiły. SLON istniał tylko 10 lat, w latach 30. monastyr pełnił jeszcze rolę specjalnego więzienia, by następnie popaść do reszty w ruinę. Restauracja trwa od lat 60. i daje imponujące efekty. Obóz Sołowiecki nie był najstraszliwszym więzieniem GUŁAGu, ale miał nad innymi pierwszeństwo. Jako łagier – matka, pierwsza komórka rakowa, był mrocznym widmem wiszącym nad niespodziewającymi się jeszcze niczego Rosjanami. Pozostał symbolem zbrodni systemu, nawet jeśli zginęło tam dziesięciokrotnie mniej więźniów, niż przy budowie kanału białomorskiego.

W tej oto mrocznej – mogłoby się wydawać – dekoracji, setki, może nawet tysiące ludzi spędza co roku udane wakacje. Nie wyłączając nas. Planowaliśmy pobyć na Wielkiej Wyspie Sołowieckiej jeden dzień, zostaliśmy prawie cztery. Można chodzić, biegać, jeździć i pływać – w tańcu, w ruchu wypoczywać. Przejechanie kilkudziesięciu kilometrów dookoła wyspy jest sporym wyzwaniem, ze względu na zanikającą na długich odcinkach drogę. Można oglądać „kamienne labirynty” – wielce tajemnicze i niewyjaśnionej do końca natury kręgi z otoczaków, porośnięte mchem. Mnisi na pewno nie byli tu pierwszymi osadnikami. Można cały dzień leżeć nieopodal inżynieryjnego cudu swoich czasów – kamiennej grobli łączącej dwie wyspy – i zajadać się tysiącem jagód na wyciągnięcie ręki. Można bratać się z sympatycznymi Ukraińcami z namiotu obok – w sklepie wódki nie brakuje. Bardziej ambitni do niedawna mogli próbować zaprzyjaźnić się z Mariuszem Wilkiem – znanym polskim pisarzem, który właśnie tu postanowił skryć się przed światem (dopóki sie nie wyprowadził nad jezioro Oniega).  W jego „Wilczym notesie”, czy „Wołoce” można znaleźć esencję rosyjskości, a nawet „północnorosyjskości”, przynajmniej na tyle, na ile może się do niej zbliżyć Polak. A zbliżyć można się tylko i wyłącznie nie próbując rozumieć.

PS.

Kto jednak chce spróbować – i nie wierzy jeszcze, że jest skazany na niepowodzenie – powinien obejrzeć film „Wyspa”. Nie wyjaśni on oczywiście zupełnie nic, natomiast bez wątpienia jest jednym z najlepszych rosyjskich obrazów ostatnich lat. Zdjęcia kręcone były dokładnie naprzeciwko portu, z którego odpływają statki na Sołowki. Filmowej cerkiewki, choć nie wyróżniającej się niczym, prócz położenia, nie da się chyba pomylić z żadną inną.

httpv://www.youtube.com/watch?v=pjp1rAwoYg8&feature=related


[1] „Piatietażka”, jak sama nazwa wskazuje, to blok, który ma najczęściej pięć pięter, czyli piat’ etażej. Z tymi piętrami nie jest jednak tak prosto. Przede wszystkim, Polak patrząc na piatietażkę, powiedziałby, że ma tylko 4 piętra – w końcu Rosjanie nie uznają parteru. Nic strasznego, ponieważ piatietażka może mieć równie dobrze 3 lub 7 pięter – przynajmniej takie wrażenie można odnieść, słuchając wskazówek drogowych Rosjan.

[3] Menel, bezdomny

[4] Łada Żyguli, auto podobne do naszego dużego fiata