Sołżenicyn

Sołżenicyn

Słówko o samym Sołżenicynie, bo postać to nietuzinkowa.  Już sam wygląd przydawał mu szacunku i godności. Patrząc na zdjęcie, śmiało można pomylić go z Dostojewskim, którego niektóre idee adaptował zresztą do czasów współczesnych.

Jak każdy chłopak urodzony w roku rewolucji, był najpierw zagorzałym komunistą, wprost zakochanym w Leninie. W 1941 roku nie wzięli go do wojska. Kilka miesięcy później, zamiast spokojnie uczyć matematyki, sam zgłosił się na front. Potem oczywiście bohaterstwo, odznaczenia, awans na kapitana. W 1945 został aresztowany w Elblągu, po tym jak NKWD przechwyciła list, w którym ośmielił się napisać kilka krytycznych słów na temat sposobu prowadzenia wojny. Dopiero w obozie miał dowiedzieć się, ze nie tylko krytyka, ale również poddawanie w wątpliwość zdolności bojowych Armii Czerwonej jest przestępstwem politycznym. Podobnie jak docenianie siły uzbrojenia wroga.

W obozie pisze powieść. Ale jak pisać, gdy nie ma ołówka, a nawet gdyby był, to wszelkie zapiski równałyby się nowemu wyrokowi? Trzeba zapamiętać powieść w całości. Tak więc znaczną część dnia pisarz spędzał na powtarzaniu w myślach „napisanych” już fragmentów tekstu. Następnie można było dodać nowy wers. W repetach pomagał specjalny paciorek, coś na kształt różańca, na którym można było odliczać napisane już wersy.Po 8 latach odsiadki, w 1953 roku wychodzi na wolność. Z nakazu osiedla się w Kok-tereku w Kazachstanie, gdzie zostaje wioskowym nauczycielem matematyki. Choruje na nieuleczalny nowotwór, z którego jednak udaje mu się wyleczyć, mimo przerzutów. W 1962, na fali Chruszczowowskiej odwilży ukazuje się jego opowiadanie „Jeden dzień Iwana Denisowicza”, którego publikację akceptuje sam Chruszczow. Sołżenicyn zostaje bohaterem, prawie dostaje nagrodę Leninowską, jeździ na odczyty do łagrów, gdzie jego dzieło jest wciąż zakazane.
Fortuna kołem się toczy. Mijają dwa lata i kapryśna władza znowu zmienia zdanie. Zamiast siedzieć cicho, Aleksander  Isajewicz coraz bardziej krytykuje przykręcającą śrubę partię. W 1970 roku dostaje literackiego Nobla za całokształt twórczości. Zaledwie 8 lat po debiucie! Nobel może i „obamowski”, na wyrost, ale w tym przypadku miał się okazać jak najbardziej zasłużony. W 1973 roku wychodzi  w Paryżu jego największe dzieło, Archipelag GUŁag, a on sam zostaje wydalony z ZSRR. W 1975 odbiera wreszcie Nobla i emigruje do Stanów, gdzie mieszka aż do 1994. Na emigracji zostaje mistykiem, panslawistą i wieszczem nowej Rosji. Po powrocie jest w kraju bożyszczem, dostaje od państwa dom, a od telewizji własny program, w którym miał okazję wyrażać swoje kaznodziejskie idee i niezbyt popularne, a na pewno niewygodne, poglądy. Z radością i aprobatą komentował rządy Putina, goszczącego zresztą we własnym domu. W obszernych epitafiach publikowanych w rosyjskiej prasie w 2008 roku, między wierszami dało się bez problemu
 wyczytać, że w powszechnym odczuciu, wielkiemu pisarzowi na starość po prostu odbiło.

Dziś utwory Sołżenicyna są lekturami obowiązkowymi w szkołach.Żeby zabrać się za 1700 stron „Archipelagu…” trzeba mocnej motywacji – a znaleźć ją można właśnie na wyspach Sołowieckich. I mimo, że zachwycaliśmy się przyrodą, krajobrazem, wiatrem, który wywiewał precz wszystkie komary, chociaż jeździliśmy na wycieczki na sąsiednie wyspy i radośnie pluskaliśmy w jednym z kilkuset jeziorek, to i tak wszystko sprowadzało się do jednego: jak to było w innym świecie, 90 lat temu?