Och! To SZOK!

Och! To SZOK!

Jednym z przyjemniejszych aspektów podróżowania rowerem zimą jest zamienianie miejscowych w słupy soli. Zobaczcie, jak to się robi.

Sasza pochyla się nade mną w pozie prawdziwego ruskiego mużyka, objawiającego prawdy o duszy narodu. Orzeł z koszulki z napisem „Russia” wykręca w moją stronę obie szyje. Ręka do gestykulacji oparta na kolanie. Druga zwisa swobodnie, trzymając papierosa. Ręką do gestykulacji mierzwi z zakłopotaniem włosy. Mina skwaszona, bo o Rosji będzie mówił.

Rozumiesz, u nas naród inny. Ja nie chcę nic mówić, tu ludzie dobrzy. Na północy najlepsi, bo jeden drugiemu zawsze musiał pomagać, żeby zimę przeżyć. Ale i złych też nie brakuje. Do ekstremałów tutaj nieprzyzwyczajeni. No bo kto to widział, żeby tak rowerem? Po śniegu? Kak, kak, kak eto wazmożno? W namiocie nie śpijcie, bo śmiać się będą!

Nie, tylko nie śmiać!

Sasza się mylił. Nie śmiali się. Raczej zamierali ze zdziwienia.

Sekret tkwi chyba w przyczepce. Tak naprawdę, największą zaletą jej posiadania jest szok, zachwyt i respekt, jakie wywołuje u tubylców. Trzy koła?! Dumnie i nieśpiesznie przetaczamy więc nasze sfatygowane jednoślady po miastach, wioskach i posiołkach, delektując się okrzykami zdziwienia i łaskawie objaśniając licznym ciekawskim, jak działa taka konstrukcja.

64225_627604747266018_811006575_n

– Przede wszystkim, przyczepka jest dobra, bo polska!

– No jasne – kiwają z uznaniem miejscowi.

Dziesiątki razy tłumaczymy cierpliwie, że opony są kolcami naszpikowane („lepiej nie dotykaj, bo się zadrapiesz!”), że kierownica mocna, bo zespawana, że specjalny smar niezamarzający, że każdej nocy owijaliśmy troskliwie łańcuchy koszulkami, ale już nam się nie chce.

Mojemu pojazdowi dodatkowo przydaje szyku zapasowy widelec, wystający zza bagażnika niczym rura wydechowa w ferrari.

Robimy też za atrakcję turystyczną. Gdy ktoś zatrzyma się i poprosi o zdjęcie, czujemy się wtedy jak gwiazdy rocka. Zdarza się, że jakiś kierowca minie nas, a potem zawróci, nie wierząc własnym oczom. Co bardziej bezczelni turyści potrafią przejechać wolno autem tuż obok nas, wystawiając przez okno potężne lufy swoich aparatów. Inni otwierają drzwi w locie, wychylając się brawurowo i niebezpiecznie. Takim sam bym zdjęcie zrobił. Co poniektórzy próbują coś krzyczeć po angielsku, ale najczęściej widzimy tylko błysk, pstryk i już ich nie ma.  A my przecież chcielibyśmy w zamian za swój wizerunek tylko ciepłego słowa, albo przynajmniej gorącej herbaty…

Zdjęcie zrobił nam nawet Dima, rowerzysta, którego spotkaliśmy po drodze.

– Musimy mieć wspólną fotkę, bo moi znajomi w Moskwie nie uwierzą, że na świecie jest więcej takich psycholi!

Proszę się więcej nie dziwić, jest nas całkiem sporo.

DSC_6811

Najbardziej zszokowani byli chyba policjanci ostatniego dnia wycieczki. Koniec jazdy po lodzie nie oznaczał końca wyprawy. Trzeba było jeszcze przejechać 20km asfaltem do Sljudanki, na dworzec kolejowy. O 2 w nocy ruszyliśmy ze stacji benzynowej, nieco pokrzepieni herbatą i nieświeżymi czeburakami. Zjeżdżając z góry, na wjeździe do miasta minęliśmy posterunek GAI (Inspekcja Drogowa) Na szczęście zaspani gaisznicy nie machnęli na mnie swoimi czarno-białymi pałkami, bo i tak bym się nie zatrzymał. Byłem zbyt zmarznięty, żeby wyregulować hamulce, prościej było jechać bez. Wybałuszone oczy i nietęgie miny policjantów wskazywały, że nieczęsto mają okazję oglądać rowerzystów o 3 w nocy, przy dwudziestostopniowym mrozie. W dodatku nie zgadza się liczba kół. W dwóch rowerach powinno być chyba cztery, a nie pięć…? I czemu są ubrani w takie dziwne kombinezony, a nie normalne szuby, jak ludzie?

Nigdy się nie dowiemy, czy już więcej nie będą pić na służbie.