2006 Pribałtika

Ludzie mają różne hobby. Jedni zbierają znaczki, inni piszą wiersze, jeszcze inni chodzą na dyskoteki. Są też tacy, co uwielbiają się uczyć. Ja bynajmniej do nich nie należę, ale coś mnie podkusiło, żeby zapisać się na kurs nauki estońskiego. A to wciąga. Gdy się już tak wciągnąłem wpadliśmy z moją współtowarzyszką naukową Lilianą na niebanalny pomysł – wykorzystajmy swe niesamowite umiejętności w praktyce! Żeby było weselej, postanowiliśmy zrealizować ów pomysł na rowerach.

I tu zaczyna się ten dosyć karkołomny projekt. Dowcip polegał na tym, że żadne z nas nie przejechało nigdy więcej niż 100km jednego dnia, Lila prawdę rzekłszy nie miała większego pojęcia o rowerach, a ja byłem, powiedzmy, nie w pełni sprawny fizycznie. W kręgosłupie miałem kilka tytanowych śrub, pamiątkę po sportach zimowych. Ale co tam – do odważnych świat należy! Lila zatrudniła się jako kurier rowerowy, ja odbyłem intensywny trening w Puszczy Knyszyńskiej, w której drogi po 6 tygodniach suszy przypominały wydmy w Łebie, do wyprawy podłączył się jeszcze wesoły kolega Joachim i ruszyliśmy!

Nie będę tu opisywał poszczególnych dni, etapów, czy jak kto woli to nazywać. Tylko ogólne impresje. Naszą podróż można podzielić niebanalnie na 3 okresy- Litwę, Łotwę i upragnioną Estonię.

 

Litwa

Uroczy kraj, jeśli pamięta się o paru zasadach-

1.Uwaga, jaką wodę kupujemy! Litwini mają miejscami oryginalną (i smaczną!) kuchnię, ale do wód mineralnych gustu nie maja. Są…słone! Obrzydliwość! (ale pewnie i tak się na nie natniecie) woda po litewsku: vanduo.

2. Jeszcze odnośnie jedzenia – pyszne ciemne pieczywo (które bez problemu zresztą możemy kupić w BiałymstokuJ. W ogóle Litwa jest podobna do Podlasia. A może odwrotnie…?) Cepeliny – sztandarowe danie litewskiej kuchni – najlepiej kupować w okolicach południa, bo łakomczuszki Litwini szybko je zjadają. Nam udało się zdobyć dwie porcje z niemałym trudem dopiero w Pałandze.

3. Drogi, przynajmniej w zachodniej części Litwy są cudowne, pod warunkiem ze nie przyjdzie nam do głowy zjeżdżać za bardzo z trasy- np. żeby zobaczyć urocze jeziorka- wtedy łatwo natknąć się na szuter, co jest mało przyjemne z 15 kilowym bagażem. Niemniej jednak jest dużo nowych dróg asfaltowych łączących wioski, na których nie ma praktycznie ruchu.

Można za to często natknąć się na furmankę. I wizytówka Litwy – mnóstwo krzyży przydrożnych (kolejna cecha łącząca ja z Podlasiem). Do Kowna jechało się nam bardzo przyjemnie przez te wszystkie wioseczki (pomijając kilkanaście km szutru), ale ostatnie 20 km przejechaliśmy słynną Via Balticą. Kowno jest miastem zdecydowanie wartym odwiedzenia, chociaż mocno zaniedbanym. Za to przyjemne wrażenie pozostawia wjazdowa górka do miasta – po raz pierwszy rozpędziliśmy się do ponad 50km/h J

Trasę z Kowna do Kłajpedy pokonaliśmy autostradą lub wzdłuż niej. Jedzie się szybko i wbrew pozorom wygodnie, chociaż monotonia daje się we znaki. Kłajpeda to miasto bardzo zaniedbane, według mnie brzydkie, choć zdecydowanie wyróżniające się specyficznym klimatem. Wszędobylski bruk sprawia ze nie jest specjalnie przyjazne rowerzystom, ale najlepsza była ścieżka rowerowa… ze schodami!!! Miejscem godnym polecenia jest park rzeźby współczesnej, gdzie zgromadzono naprawdę wiele rzeźb w których usilnie dopatrywaliśmy się sensu, artyzmu, drugiego dna… w przypadku niektórych nawet się to udało.

Po fantastycznym noclegu na kłajpedzkiej plaży postanowiliśmy wczuć się w wakacyjny klimat, więc odwiedziliśmy najbardziej znany kurort Litwy – Pałangę. Warto nadmienić, że z Kłajpedy do Pałangi wiedzie prześwietna droga rowerowa Eurovelo, zgodna ze wszystkimi standardami unijnymi itp., jest na niej duży ruch rowerów, pełno ekip podobnych do naszej, a także autochtonów. Bardzo przyjemny odcinek, mieliśmy nadzieję, że jeszcze w przyszłości natkniemy się na podobne drogi. Niestety, nadzieja głupich matką…

Z Pałangi już tylko dwadzieścia parę km do granicy łotewskiej.

 

Łotwa

Łotwa przywitała nas klimatem z horroru – choć trzeba przyznać że od granicy przestał padać nękający nas cały dzień deszcz. Na początek odwiedziliśmy wioseczkę Rucava w poszukiwaniu sklepu. Nie zastaliśmy nic czynnego, wioska jednak zrobiła na nas wielkie wrażenie: mgła, wkoło żywej duszy, ślady komunizmu… bocian na wieży kościoła, jabłka z sadu proboszcza… warto było zboczyć te dwa km.

Kolejnym wartym nadmienienia miastem jest Lipawa. Tak naprawdę był to niezamierzony, lecz absolutny hit wyprawy. Przemili ludzie, śliczna drewniana ( i nie tylko) architektura, tanie i dobre jedzenie w centrum miasta, informacja turystyczna w 3 językach, otwarty serwis rowerowy, oraz, co najlepsze- baza radzieckiej marynarki wojennej, obecnie niszczejąca i udostępniona do zwiedzania. Bunkry wychodzące do wody, opuszczone koszary, replika cerkwi z Petersburga pośrodku betonowych bloków…To po prostu trzeba zobaczyć. Zaczepiła nas sympatyczna Rosjanka, która ochoczo opowiedziała historię bazy. Okazuje się, że już wkrótce to niesamowite blokowisko przestanie istnieć, a mieszkający tam ludzie zostaną przesiedleni. Powstać ma tam, wedle słów naszej rozmówczyni, ekonomiczeskaja zona.

Przy okazji- Łotysze są chyba najbardziej z bałtyckich nacji zawzięci na Rosjan – bardzo się ich tam nie lubi. Rosja oskarża Łotwę o dyskryminowanie mniejszości rosyjskiej- i trzeba przyznać, że jest w tym trochę racji. Rosjanom nie znającym bardzo trudnego łotewskiego trudno o pracę w sferze budżetowej, a i w prywatnych przedsiębiorstwach zarządzanych przez Łotyszy patrzy się na nich krzywo. Żeby uzyskać obywatelstwo łotewskie, Rosjanie (nawet Ci urodzeni na Łotwie), muszą zdać egzamin z języka i kultury Łotewskiej. Sprawa ok. 28% mniejszości jest powodem ciągłych napięć w stosunkach rosyjsko – łotewskich, a sami Łotysze otwierają listę najbardziej nie lubianych przez Rosjan narodów (obok Litwinów i Estończyków zresztą. Polacy, o dziwo, są dla Rosjan prawie zupełnie obojętni) Z drugiej strony, trudno się dziwić narodom bałtyckim, dla których danie prawa głosu potężnym mniejszościom rosyjskim byłoby poważnym zagrożeniem dla odradzającej się tożsamości państwowej. I dziś jedynie ok. 58% obywateli Łotwy to Łotysze. Zresztą, na 2,4 mln ludności tego kraju tylko 1,8mln. posiada obywatelstwo łotewskie.

Nie żeby dużo lepiej wyglądało to w Estonii (Estończycy 65%, Rosjanie 28%). Na Litwie problem mniejszości rosyjskiej nie jest aż tak palący („jedynie”11%), poza tym Litwa po odzyskaniu niepodległości zdecydowała się nadać obywatelstwo wszystkim mieszkańcom byłej LSRR.

Z Rygi skaczemy do Kuldigi- przepiękne medievialne miasteczko a w nim- niespodzianka – najdłuższe (wszerz) wodospady Europy- ok 110m.(vendas rumba) Wedle legendy, wodospady powstały po zapaśniczej walce dwóch gigantów, którzy wydeptali w rzece dziurę, tworząc gwałtowny uskok. Przy wodospadach jeden z większych ceglanych mostów w Europie, długości 165m.

Kolejny żabi skok aż do Rygi. Był to jeden z najtrudniejszych etapów- 140km, wiatr w twarz i dające się coraz bardziej we znaki zmęczenie. Na szczęście w Rydze mamy przyjaciół, którzy ugościli nas ciepła strawą (tosty jeszcze nigdy nie były tak dobre…) i upragnionym prysznicem.

Ryga to piękne, typowo hanzeatyckie miasto, które zrobiło na mnie wrażenie, ale nie powaliło na kolana. Ale gdy zobaczyłem Rygę nocą… nie chodzi mi tu o pięknie podświetlone zabytki, wtedy nie zwracałem już na nie uwagi. Ale życie nocne jest naprawdę imponujące… o 3 w nocy na ulicach jest więcej ludzi niż w dzień i bynajmniej nie szykują się oni do snu. Bawiliśmy się w Pułkowniku,jak zapewniali nasi znajomi, „najlepszym klubie na Łotwie.” Na ulicach głownie język rosyjski – Rosjanie stanowią 29% mieszkańców, choć lepiej uważać, bo gdy trafi się na Łotyszkę i zagadnie po rosyjsku, może gniewnie fuknąć.

Z nową energią kierujemy się na zachód, zwiedzamy zamki (Sigulda), park narodowy, jedziemy z górki (rekord 63km/h) i pod górkę, poznajemy nowych przyjaciół (Łotysze są bardzo otwarci i przyjacielscy, choć oni sami twierdzą wręcz przeciwnie), aby po 2 dniach powolnej jazdy znaleźć się na granicy estońskiej w Valdze.

 

Estonia

Od razu pozwolę sobie na odrobinę kryptoreklamy- polecam gorąco barek tuż za granicą, naprzeciwko supermarketu Maxima, gdzie za 12 zł można zjeść doskonałą i dużą pizzę.

Pierwsze wrażenia po przekroczeniu granicy są pozytywne- kompetentna pani w informacji turystycznej, pięknie oznakowane ścieżki rowerowe, żyć nie umierać. Tylko te chmury nie wyglądają ciekawie…No właśnie, przez kolejne 3 dni ma padać, a potem zaczną się prawdziwe burze- ostrzega nas czwórka rowerzystów z Polski. (Okazuje się, że jesteśmy całkiem ciekawym świata narodem – w czasie całej wyprawy spotkaliśmy kilka ekip podobnych do naszej – i zawsze byli to ludzie z Polski lub Niemiec.) Mieli połowiczną rację- 3 dni padało, a następne dwa dni było przepięknie (gdyby jeszcze nie ten wiatr z północy), potem wszystko wróciło do normy – codziennie mniej lub więcej deszczu. Zdecydowanie nie popieramy estońskiej pogody.

Drugie wrażenie- szumnie oznakowane drogi rowerowe to w większości pobocza szos, ale i tak jesteśmy wdzięczni za estoński porządny asfalt. Czy wspominałem, ze drogi na Łotwie są o wiele (sic!) gorsze niż w Polsce? Ale jesteśmy przecież w Estonii. O ile Litwa była głównie rolnicza, to Estonia jest wielce zalesiona. Lasy zdają się nie kończyć. Wyglądały obiecująco, także wypatrywałem dzików, łosi i piżmaków, ale niestety, wszystkie zwierzaki, jakie spotykaliśmy na całej trasie były już, że tak powiem, na tamtym świecie. Oczywiście nie odmówiliśmy sobie niewątpliwej przyjemności przedzierania się przez jeden z takich lasów w poszukiwaniu schroniska, gdyż, dla odmiany padało. Watro wiedzieć, że w Estonii występuje sympatyczna instytucja tzw. Forest houses,czyli leśnych domków, w których zbłąkani i zziębnięci turyści (wypisz, wymaluj my) mogą znaleźć darmowy dach nad głową i suchy kąt. Jednak zamiast schroniska znaleźliśmy domek w środku lasu, którego gospodarze (z którymi nie szło się dogadać w jakimkolwiek języku) pozwolili nam przespać się w bani, czyli saunie nieopodal domu. I był to jeden z najprzyjemniejszych noclegów – fajnie po paru dniach wreszcie mieć suche buty. Swoją drogą owebanie są niezwykle popularne w całej pribaltyce – spotkać je można nawet w normalnych kamienicach, w postaci niewielkiego pomieszczenia w łazience.

Odwiedzamy przyjemny kurort nadmorski – Parnawę, następnie kierujemy się na wyspy. Chcieliśmy objechać Saaremę – największą z wysp, ale nie było na to czasu, więc zdecydowaliśmy się tylko o nią zahaczyć. W tym celu należy przepłynąć promem na wyspę Muhu (50 koron w jedną stronę), a następnie przejechać kilkukilometrową groblę dzielącą Muhu i Saaremę, co przy silnym wietrze w twarz jest dosyć męczącym wyczynem. Jednakże widoki i pobliskie ruinki zamku wynagradzają nasz wysiłek.

Czas nagli, więc szybko pedałujemy do Tallina, chociaż wiatry zdecydowanie nam nie sprzyjają (dosłownie). Cel podróży, stolica Estonii, to dziwne miasto. Składa się z uroczej, gotyckiej starówki otoczonej praktycznie w całości potężnymi, doskonale zachowanymi murami obronnymi. Za murami starego miasta (vanalinn) mamy zupełnie inny świat- nowoczesne drapacze chmur błyskawicznie zastępują starą, estońską, drewnianą architekturę, oraz socjalistyczne koszmarki. Tworzy to wszystko dziwny misz- masz, który nie każdemu musi się podobać. Bez wątpienia jednak widać, ze stolica jest głównym beneficjentem szybkiego rozwoju gospodarczego, który wynosi prawie 12%! Kraj ten jest prawdziwym „tygrysem Europy”, w dodatku najbardziej zinformatyzowanym.

Zaspokoiwszy swoje ambicje, przejechawszy w 16 dni 1500 km, nie czujemy się w obowiązku wypedałowywać z wielkiego miasta, tym bardziej, że mimo 3 dni odpoczynku wciąż nie zregenerowaliśmy w pełni sił. Udajemy się pociągiem do Viljandi ( w przewodniku napisali, że to jedno ze starszych estońskich miast, pięknie położone i w ogóle wypas. Wspominali też coś o górkach, co akurat okazało się bolesną prawdą, nie omieszkam dodać, że wiało, jak zwykle, w twarz). Miasteczko niebrzydkie, fajnie położone nad jakimś jeziorkiem. No i wypasiony dawniej zamek(obecnie parę ruinek), położony na sporym wzgórzu, obok słynny długi quasi-wiszący most.

Ostatni, jak się miało okazać, dzień pedałowania dał nam nieźle w kość (jak nie pada, to wieje), więc postanowiliśmy wracać na do Rygi pociągiem, o ile będzie padać (pogoda nas oczywiście nie zwiodła- padało jak zwykle). Tymczasem doczłapaliśmy się do 120 – tysięcznego Tartu (po naszemu Dorpat) –  najpotężniejszego ośrodka akademickiego w Estonii. Tamtejszy Uniwersytet (Ülikool) ukończyło również wielu wybitnych Polaków, np. Stanisław Wojciechowski, Bronisław Limanowski czy Tytus Chałubiński. Kształci się tam aż…10 tys studentów! Z drugiej strony warto pamiętać, że Estonię zamieszkuje raptem 1,4 mln ludzi. W Tartu spotkała nas miła przygoda, jedna z wielu zresztą. Poznany w pociągu człowiek zaoferował nam nocleg i nieco rozrywki na wieczór. Pamiętajcie- w każdym kraju są dobre dusze! Z tym podróżowaniem pociągami też nie jest tak łatwo, trzeba się przesiadać i wnosić rower na ponad metrową wysokość wagonu.

W Rydze… pada. Chcieliśmy zahaczyć jeszcze o Wilno, ale dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności napatoczył się polski autobus Eurolines, który bez problemu zawiezie nas wprost do ojczyzny. Nie jest łatwo przewieźć kilka rowerów autobusem, więc mieliśmy naprawdę spore szczęście.

I tak zakończyła się nasza wesoła wyprawa. Narzekać można było na własne słabości, estońską pogodę, łotewskie drogi i żarłocznych Litwinów, którzy notorycznie sprzątali nam sprzed nosa Cepeliny. Reszta to same pozytywy. Już planujemy, gdzie by tu wybrać się za rok…

 

Jakub Rybicki, wrzesień 2006

 

One Response

  1. Rowerzysta
    Rowerzysta · Lipiec 23, 2013 at 07:42:09 · →

    Wybieram się w te okoli e, dzięki za naprawdę obszerną relację. Życzę powodzenia w kolejnych wycieczkach.

Leave a Reply