2006 W estońskim lesie

„Motyla noga!”- zakląłem brzydko w myślach gdy sakwa po raz kolejny zsunęła się i zaczęła obcierać o koło. Trzeba było wydać te 200 złotych więcej i miałbym spokój, a co więcej, suche rzeczy. Ale nie to jest teraz ważne. Fakt, zaoszczędzone pieniądze miały się jeszcze przydać, ale na pewno nie tu, pośrodku jakiejś cholernej estońskiej tajgi, czy jak zwą te lasy. Bo na pewno nie jest to lasek podobny do naszych polskich. A może i podobny, tylko ciut większy. Dużo większy. Właściwie wydaje się, że nie mają w tym kraju rolnictwa tak jak pan Bóg przykazał, tylko lasy i lasy, w dodatku strasznie zaniedbane – wszędzie pełno drzew.

Za moimi plecami mój hinduski kolega walczy z błotnistą droga. Nie jest mu łatwo, bo jego hinduskie opony są dużo cieńsze niż moje. Daleko przede mną majaczą sylwetki pozostałej dwójki towarzyszy. Jak już pisałem, jesteśmy w lesie. Błotnista droga wlecze się od kilkunastu kilometrów, choć znak wskazywał, że mamy do przejechania tylko dwa. Wygląda na to, że ostatni ludzie nawiedzili tę krainę jeszcze przed porą monsunów. Zapomniałem dodać, ze pada? W sumie już tego nie czuję. I tak jesteśmy mokrzy od paru dni. W tym kraju chyba nie uznają słońca. Dziś powiedzieliśmy: dość! Nie śpimy kolejnej nocy w mokrym namiocie, szukamy ciepłego dachu nad głową!

I właśnie dlatego wjechaliśmy w boczną ścieżkę, przed którą widniał sympatyczny znak „Schronisko 2 km”. Kiedy już to wszystko się skończy zabiję tego kto wpadł na ten pomysł. Tak sobie radośnie rozmyślając, widzę (przez deszczową mgłę) wesoło mrugające światełka w leśnym tunelu. Moi współtowarzysze niedoli zatrzymali się. Dobry znak? Już? Cywilizacja? A może zobaczyli np. łosia, ponoć sporo ich tu się kręci w okolicy. Lepszy łoś niż dzik, zresztą dzik też człowiek, nie będzie nas dobijał. Ale nie… W oddali majaczy… Czy to możliwe?? Tak!!! Duża budowla z wielkim czarnym, spadzistym dachem – upragnione schronisko!!! Podjeżdżamy trochę bliżej i przechodzą nas ciarki. Budynek przypomina hotel „Panorama” z „Lśnienia” Stephena Kinga, a dach jest czarny bo najwyraźniej parę lat temu uderzył weń piorun. Zresztą, nawet gdyby w środku było sucho chyba nikt nie jest wystarczająco odważny żeby tam spać. Nie wiadomo licho siedzi w tych murach…

W takich chwilach naprawdę nie chce się żyć. Leje. Ciemno. Nie mamy jedzenia (suchego), a supermarketu nie widać. Co najwyżej grzyby, rosną przecież po deszczu. Możemy zawrócić, możemy jechać dalej, przecież ten las musi się kiedyś skończyć! Możemy też rozbić namiot pośrodku leśnej głuszy. Zwierza nie ma się co obawiać, na pewno woli siedzieć w swoich cieplutkich suchutkich norkach, jamkach, pieczarkach i dziuplach niż niepokoić kilkoro szaleńców z odległego kraju. Więc stoimy sobie i kulturalnie rozmawiamy co dalej. Każdy klarownie przedstawia swoje racje, słuchany z uwagą przez resztę grupy. Dzięki temu szybko dochodzimy do konsensusu – zaraz powydrapujemy sobie oczy. I właśnie wtedy, w chwili gdy moja przemiła i pacyfistycznie nastawiona do życia koleżanka Liliana już zamierza rzucić mi się do gardła (pewnie ustalili za moimi plecami, że mnie zjedzą pierwszego) widzimy światło.

Umarłem? Chyba nie, wciąż czuję zimno. Nie słyszę trzepotu anielskich skrzydeł ani brzęku kluczy świętego Piotra? Nadjeżdża…tak! samochód! Auto. Pojazd czterokołowy. Nie widzieliśmy takiego od dwóch dni! Mało tego, kierowca był na tyle spostrzegawczy, że zauważył 4 rowerzystów tarasujących mu drogę, więc zatrzymał się i zabulgotał coś po swojemu. Wkraczamy z Lilą do akcji. „Tere!” Rok nauki estońskiego nie poszedł na marne – umiemy powiedzieć dzień dobry i się przedstawić. Na panu szoferze najwyraźniej zrobiło to wrażenie, bo zaczął energicznie wymachiwać rękami, tak jakby chciał żebyśmy za nim jechali. A może to my chcemy tak to rozumieć? W każdym razie mamy pecha, bo chłopina młody a nie mówi po rosyjsku, angielsku, francusku, ani nawet po hindusku, że o polskim już nie wspomnę. Ale tonący brzytwy się chwyta, więc jedziemy za demonicznie czerwonymi światłami auta nieznanej, ale na pewno bardzo starej produkcji. Po jakiejś pół godzinie dojeżdżamy do gospodarstwa w środku lasu. Chłopak wysiada, zaprasza nas do dziwnego budynku nieopodal domu. To tzw. bania, czyli coś w rodzaju sauny, bez której Estończycy – podobnie jak Rosjanie – nie wyobrażają sobie życia. W środku jest łóżko, kawałek podłogi i kominek – pełnia szczęścia! Ale hola hola, gdzie nasz dobrodziej? Po chwili zjawia się w drzwiach z siekierą. Konsternacja. Może zauważył ze jesteśmy już ledwo żywi, więc nie będziemy się zbyt mocno bronić,  a zapasy mięsa starczą na całą zimę. Ale chyba nie o to mu chodzi, bo bełkocze coś przyjaźnie wskazując na drzewo. Tak, tak – mamy błogosławieństwo na rozpalenie ognia. Boże, dziękuję, że są na świecie dobrzy pustelnicy którzy pomagają bliźnim w potrzebie!

Więc siedzimy sobie przy wesoło buchającym ogniu, chleb suszy się nieopodal, za jakieś pół godziny może będzie się nadawał do jedzenia, a my do jeżdżenia. Za nami już ponad tysiąc kilometrów, przed nami- niecałe 500 do Tallina – celu podróży. Jutro spróbujemy odnaleźć jakąś drogę, aby nigdy więcej nie zbaczać w las! Oczywiście pod warunkiem że  niego wyjedziemy. Chociaż, z drugiej strony, warto przeżyć dzień taki jak ten, aby móc rozkoszować się chwilą ciepła i bezpieczeństwa, poczuć się wyrzuconym z cywilizacji, znaleźć się w miejscu takim jak to – zapomnianym przez czas, ludzi, historię.

Ale my nie zapomnimy.

 

Wrzesień 2006

 

Leave a Reply