2007 Ciepło


Leżę wygodnie na swoim niesamowicie, cudownie wygodnym łóżku. Biedne, wyeksploatowane mięśnie i kości są zachwycone sytuacją, że nie trzeba pedałować, za to można całkiem wygodnie poleżeć. Brzuch jest natomiast lekko skonsternowany nadmiarem i różnorodnością pokarmów, które przyjął od chwili przyjazdu. Jednym słowem- sielanka. A sielanek przecież nie lubimy, bo to nudne gdy człowiek spokojny, szczęśliwy i dobrze mu się wiedzie. Nie news. Przenieśmy się zatem kilka dni wstecz, do Czarnogóry.

*

„Pamiętaj abyś dzień święty święcił”, rzekł Bóg do Mojżesza. W kościele mówią, że chodzi o to aby w niedzielę modlić się, nie pracować, odpoczywać, iść na piwko, dać na luz.

W niedzielę najwyraźniej nie należy też pedałować. O ile przez cały tydzień temperatura w dzień wynosiła jakieś 40ºC w cieniu, to w niedzielę dowalmy 45º!

Tymczasem, dwójka nieświadomych i tak naprawdę Bogu Ducha winnych rowerzystów budzi się skąpana w pierwszych promieniach słońca na wzgórzu nieopodal wyspy i klasztoru San Stefano. Nie kłopoczą się z namiotem, to wynalazek w tych temperaturach dosyć nieprzydatny, nawet robactwo woli siedzieć w swoich norach. Zwijają karimaty i bez zbędnych słów ruszają w drogę. Zresztą, powiedzieli sobie już wystarczająco wiele przez prawie 3 tygodnie, przez 1600km. Dziś są opętani tylko jedną myślą- pokonać 60 km do Podgoricy pod górkę, wsiąść w pociąg i znaleźć się w dokładnie takiej sytuacji jak ta opisana we wstępie.

60km? Bułka z masłem. Jadą jadą, zrobili 25 km, z czego jakieś 20 będzie pod Górę (tak, Górę, nie górkę). No i jest tunel. O, jak fajnie. Mamy godzinę 10, słońce praży niemiłosiernie, a tu taka gratka- tunel, znaczy się chłodno, 4 km, całkiem nieźle, co z tego, że nie ma go na mapie, drogowskazy przecież były. Na dole Góry były nawet znaki zakazu wstępu dla ciężarówek, na górze okazało się, że dla rowerów też, ale przecież nie zawrócą po pokonaniu morderczej Góry… Błąd. Namówi ich do tego Strażnik Tunelu, który zaraz podjedzie wypasionym renault na sygnale i powie im po serbsku „sio, nie dyskutować”, albo coś w tym sensie. No nie pogadasz. Ten mniejszy rowerzysta chciał się nawet niczym Rejtan rzucić i szatę skąpą rozdzierać, albo jeszcze lepiej, rzucić nią w Strażnika, wtedy może zemdlałby ze smrodu, ale ten większy nie ma siły się kłócić, więc zawracają. Do nadrobienia, bagatela, 20 km. Na szczęście tym razem tylko parę km pod górę. Za to zrobiło się naprawdę ciepło. A dętki nie lubią ciepła. No nie podchodzi im i już. Mówisz do takiej gumy, „nie pękaj, mała”, a ta oczywiście pęka w najmniej odpowiednim momencie. Tym razem, już po raz drugi, wypięła się na Joachima. Człowiek, któremu pęknie dętka na ponad 50stopniowym słońcu, z dala od cienia, wpada w rozpacz, ale nie da po sobie tego poznać, bo przecież twardy jest.

Teraz cofnijmy się jeszcze parę dni wstecz, do Bośni. Jedzie ten mniejszy, ale starszy i życiem bardziej doświadczony cyklista, jedzie jedzie i nagle bum! Była dętka, nie ma. Ale spokojnie, jest przecież druga. Założył, pojechał, zadowolony. Jechał jechał, podziwiał zjawiskowe krajobrazy i po paru godzinach Bum! I znowu dętka poszła. I tu się żarty kończą. Załatał, napompował, jedzie dalej.  Woda mu się skończyła wcześniej, ale na jakiejś farmie dorszy od dobrego człeka nabrał sobie, więc jedzie całkiem jeszcze rześki. Jak w taniej komedii, proszę państwa, oto dzieje się co? Dętka pęka po raz trzeci. Tu już jest naprawdę niefajnie, bo cień prezentuje się pysznie w postaci znaku drogowego, innymi słowy w postaci znikomej – i znikającej. Wody w takich warunkach wypija się około dwóch litrów na godzinę, więc jej brak doskwiera niemal od razu. No i teraz prosimy o brawa, bo pompka działać już nie chce! Za ciepło się zrobiło dla gumeczki uszczelniającej. Po jakiejś godzinie zabiera go bośniacka pomoc drogowa, wielce uradowana ze spotkania z przedstawicielem obcej kultury. Chłopiec z kolei uradowany jest przede wszystkim wodą i pepsi, której z miejsca wypija połowę, na co weseli Bośniacy zdają się nie zwracać uwagi. Wysadzony na stacji cieszy się, gdyż kompresor jest rzeczą przydatną w pompowaniu opon. Ha! Ale w życiu nie ma lekko, więc jak raz kompresor nie działa. Chłopak, którego imieniem nazwano pewną wyspę niedaleko Florydy, jak i popularną markę soczków marchwiowo- owocowych, wlecze się na stację drugą, która jest może 500m od pierwszej, czyli niby blisko. Odległości to sprawa jednak śliska i mocno wbrew pozorom względna. Tam kompresor działa, pompuje koło, koło od razu pęka! Jak się bawić to się bawić! W tej sytuacji pozostaje jedno- kupić na stacji loda za 4 złote, zlizać go spokojnie, po czym wymienić załataną dętkę raz jeszcze (na poprzedniej stacji, gdzie ją zostawił), przy okazji nie zabijając dociekliwych Bośniaków, którzy nie wiedzieć czemu myślą, że ich rozumiesz, kiedy bardzo powoli wygłaszają fachowe uwagi o podróżach rowerowych. W końcu naprawa się udaje, szybciutko w Mostarze odnajdujemy sklep rowerowy, wymieniamy oponę i dętkę i już jesteśmy happy, no, prawie. Trzeba jeszcze zjeść, wypić, zapalić. Je się oczywiście burkę, czyli pyszne, tanie i sycące jak diabli mięsko jakieś takie w cieście. Wypić naturalnie piwo “sarajewsko”, potem zwiedzić Mostar- miasteczko z bajkową starówką, otoczoną zrujnowanym śródmieściem. Nigdzie indziej ślady wojny sprzed 12 lat nie były tak widoczne… Za to piwo pod legendarnym mostem to coś niezapomnianego. Minus jest taki, że wyjeżdżają o 1 w nocy, a wstać trzeba o 6, aby zdążyć przed najgorszym skwarem nad morze, na sjestę. Nie zdążą. Będą umierać z gorąca, a morze ujrzą dopiero wieczorem, a ich ciała rytualnie obmyte z kilkudniowego brudu znów nabiorą dawnej świeżości i gibkości.

*

Przenosimy się znów do dnia ostatniego. Pozwolę sobie już pisać w pierwszej osobie, jako że jest to meritum całej mojej opowieści. Leżę sobie więc pod drzewem, i nie jest mi tak źle, bo mój rower nie kuleje, mam wody pod dostatkiem, jest mi nawet prawie wygodnie, naprawiłem lampkę rowerową i czytam dołujące opowiadania Marka Hłaski. Obok mój kolega morduje się z rowerem. Zdjąć z niego oponę to prawdziwe wyzwanie, nie to, co u mnie. Doskonale wiem, co czuje. Najgorsza jest ta cholerna niepewność, czy za kilometr znowu nie zacznie schodzić powietrze. W takim upale łatki też nie chcą być posłuszne. Jednocześnie człowiekowi po głowie kołacze jedna straszliwa myśl, do której nigdy by się nie przyznał: „jak to dobrze, że to nie ja”. Oczywiście pomagam mu, brudzę się, męczę, ociekam potem, umieram z gorąca, ale to jego rower i to jego niszczy ta sytuacja psychicznie. A to jest najgorsze. Więc leżę sobie pod tym drzewem oliwnym i myślę sobie dokładnie to, co robię teraz. „będę leżał w łóżku, będę pisał mejla, będę najedzony, będzie mi dobrze, nie będzie gorąco, ha! Może nawet będzie padał deszcz?” Deszcz jest oczywiście  w tamtym momencie czystą abstrakcją, coś jak zorza polarna, białe noce czy kometa Halleya, ale wierzę, że gdzieś, (lecz nie wiadomo gdzie) są krainy gdzie występuje to miłe zjawisko. Z rozrzewnieniem wspominam zeszłoroczne, estońskie deszcze, które w dodatku były bardzo różnorodne. Bo deszcz ma wiele odmian. Może być mżawką, kropić, padać, lać, być jedynie leciutką mgiełką wcinającą się w każdy kawałek twego ciała, może padać cały czas, od czasu do czasu, albo raz, a dobrze. A upał może być, być wielki, albo być nie do zniesienia. Różne rodzaje w zależności od pory dnia. Upału nie ma tylko w nocy, wtedy jest tylko bardzo ciepło. Więc tak pod tą oliwką leżę i leżę i myślę sobie, jakich to słów użyć, aby opisać to, co czuję. Czy pisać, że cały się lepię, chociaż w sumie nic nie robię? Że olejek do opalania pływa szaroburą mazią po moich rękach? Że wyglądam jak Mongoł po całym dniu wypasania owiec?

Gdy ok. 16 naprawiliśmy rower, to nie mieliśmy siły już gdziekolwiek pedałować, więc wróciliśmy z podkulonymi kitami do miejscowości nadmorskiej Petrovac i ruszyliśmy klimatyzowanym busem w pierwszy skok ku Ojczyźnie…

 

Sierpień 2007

 

Leave a Reply