2007 BAŁKANY

…czyli Spaleni Słońcem

Wakacje. Po całym roku ciężkiej nauki i pracy człowiek musi jakoś odreagować. Jedni leżą na plaży, inni pływają łódką, my siadamy na rowery i jedziemy, póki nam nie zbrzydnie. Postanowiliśmy obrać sobie za cel jakiś teren ciekawy, z cenami niedrogimi. Padło na Bałkany. Z wyobraźnią rozpaloną filmami Kusturicy i muzyką Bregovica, spakowaliśmy nasze rumaki i ruszyliśmy w drogę. Na początek podjechaliśmy pociągiem do Zakopanego. „Dojedziemy do Łysej Polany i dalej będzie już z górki (aż do Niżnych Tatr)” I, o dziwo, plan wypalił. Wprawdzie podjazd do przejścia granicznego był dla niewprawionych nóg dość przykry, ale za to dalej dominowały zjazdy, aż wjechaliśmy do leżącego na względnej równinie Popradu. Następny dzień to zmaganie się z Niżnymi Tatrami, które wcale takie niskie nie są. Najwyższa prędkość zjazdowa 70km/h. Wieczorem zostawiamy góry za sobą.

Teraz miało być już „z górki”, ale oczywiście wszystkie siły przyrody sprzysięgły się przeciwko nam. Cały dzień wieje nam w twarz koszmarny wiatr, co ogranicza prędkość podróżną do max. 15km/h. Następnego dnia, na Węgrzech, było jeszcze gorzej. Tu miało być płasko, a jak na złość same podjazdy! Daje o sobie znać skumulowane zmęczenie, na domiar złego atakuje pierwsza fala upałów, które mają nam towarzyszyć już nieprzerwanie do końca podróży. Do Budapesztu dojeżdżamy wykończeni, ale szczęśliwi z perspektywy prysznica, łóżka i węgierskiego gulaszu.

Stolicy państwa Madziarów chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Jest pięknie, także z żalem opuszczamy ją dwa dni później. Wysokie krawężniki czynią jednak miasto nieprzyjaznym dla rowerzystów, których zresztą nie spotkaliśmy zbyt wielu. Dalsza droga przez Węgry to czysty relaks, płasko, dobra droga, czasem nawet jakaś ścieżka rowerowa.   Szybko docieramy do Serbii. Ze stolicy Wojwodiny – Nowego Sadu- do Belgradu, prowadzi trakt, który ze względu na ilość dziur miejscami trudno nazwać drogą. W Belgradzie niespodzianka. Następnego dnia grają The Rolling Stones, a miasto ogarnęła prawdziwa gorączka. Wszędzie widać ludzi z koszulkami zespołu, gazety krzyczą nagłówkami, w radiu muzyka Stonesów. Do stolicy zjechali fani muzyki z całego kraju i wszystkie hostele są zajęte, choć ceny podskoczyły o połowę. Jesteśmy w przysłowiowej kropce, w sercu wielkiego miasta, bez dachu nad głową. Spokojnie, nie pierwszy raz przecież. Siadamy w parku i czekamy aż ktoś nas zaprosi. Mija godzina i nic. Trochę już zdenerwowani – w końcu jest już prawie 23.00 – jedziemy na główny deptak, salon miasta. Rozkładamy mapę i z bezradnymi minami czekamy na zbawienie. Tym razem poszło szybko, po chwili lądujemy w przytulnym mieszkanku sympatycznych Serbów z kilkoma litrami piwa na stole. Oczywiście następnego dnia idą na koncert. Cała noc upływa pod znakiem teledysków nieśmiertelnych Stonesów. Miałem potem koszmary z Mickiem Jaggerem, ale warto było.

Nie bacząc na muzyczne szaleństwo, hardo realizujemy plan wycieczki. Belgrad to miasto z wyraźnie odciśniętym piętnem komunizmu, jednak posiadające specyficzny klimat, zrobiło na nas bardzo dobre wrażenie. W centrum nie lada atrakcja dla mieszkańca stabilnej UE – Potężne gmachy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Jugosławii, zniszczone przez samoloty NATO w 1999 roku. Jedziemy dalej.

Gdzie się nie pojawimy, wzbudzamy powszechne zaciekawienie i pozytywne emocje. Wydaje się, że naprawdę niezwykła otwartość i przyjacielskość Serbów wynika z izolacji, w jaką zostali wpędzeni za rządów Milosevica. W rozmowach nie sposób uniknąć tematu wojny, która tkwi wciąż głęboko w świadomości mieszkańców Bałkanów. W zależności czy będziesz rozmawiał z Serbem, Bośniakiem czy Chorwatem, usłyszysz różne racje i różne punkty widzenia. Połowa naszych rozmówców zmieniła w latach 90. miejsce zamieszkania, czy to ze względu na wojnę, czy to ze względu na wyznanie. Stara Jugosławia, znana polskim turystom z PRLu, zniknęła bezpowrotnie, pozostały po niej tylko rany w sercach jej mieszkańców, żal po opuszczonych miejscach. Czasem tylko żal, czasem ledwie przykrytą poprawnością polityczną nienawiść: „Świat wytyka nam, że zabiliśmy w Srebrnicy 8000 Bośniaków, ale nie mówi, że oni wcześniej wybili 3000 naszych” Zasadniczo jednak region dąży do normalności, a dawne strony konfliktu próbują zapomnieć o przeszłości. Jak to ujął pewien eks-żołnierz: „12 lat temu ostrzeliwałem Sarajewo, a dziś mogę tam wypić piwko. I tak powinno być”. Gdy już poznasz wszystkie strony medalu, wszystkie meandry sytuacji politycznej, dojdziesz do jedynego słusznego wniosku, ze nie da się tego zrozumieć w krótkie dwa tygodnie. Jedno jest pewne – Serbowie są wdzięczni, że ktoś z „Zachodu” ich odwiedza, chcą pokazać, że są normalnym narodem, a nie bandą barbarzyńców, mordującą sąsiadów. Rzeczywiście, w porównaniu z sąsiadami widać, ze Unia Europejska wciąż jest odwrócona plecami do Serbii. Nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić do odwiedzenia tego tragicznego kraju, który w ciągu dwóch dekad z serca jednego z największych państw europejskich skurczył się do małego, zapomnianego kraju na uboczu Europy.

Żeby nie było tak poważnie na zakończenie przygody z Serbami – tuż przed granicą z Bośnią zostajemy zaproszeni na piwo. Oczywiście jesteśmy atrakcją w niewielkim miasteczku, ale wszyscy milkną, gdy pojawia się człowiek z wypasionym telefonem komórkowym. Podchodzi do nas i pokazuje filmik… z koncertu Stonesów! Był na koncercie, jest kimś.

Z ciężkim sercem opuszczamy ten przyjazne ziemie, w drogę do Sarajewa. Nastraszyli nas Serbowie! Że droga bardzo górzysta, że miny, że dzicy ludzie, że po co jechać tam w ogóle? Lepiej spokojnie zjechać sobie nad morze. Posiedzieć, pomoczyć nogi w błocie Herzeg Novi, pójść na koncert Madonny w Kotorze, obejrzeć willę Miedwiediewa gdzieś w czarnych górach Czarnogóry. To wszystko przed nami, ale najpierw do Bośni! Przy okazji zauważamy, jak bardzo nie lubią się te dwie nacje.

Fakt, góry były. Ale na Słowacji pokonywaliśmy gorsze. Miny też były, a konkretnie oznakowane, jeszcze nieoczyszczone pola minowe. Cóż, w Bośni jest ponoć jeszcze około miliona min, stawianych bez odgórnych planów, więc trudnych do zlokalizowania i rozbrojenia. Pewien Serb radził nam nawet… sikać z asfaltu, co było oczywiście grubą przesadą. Tereny zamieszkałe i okolice dróg są rozminowane, niemniej jednak nie zaleca się rozbijania namiotu na dziko w lasach. Ludzie przyjaźni, jak wszędzie. Flaga przyczepiona do roweru wzbudzała często entuzjazm, nie wiedzieć jednak czemu brano ją za flagę Austrii.

Już sama wjazdowa droga do Sarajewa jest grzechu warta. W dole rzeka, w górze po obu stronach góry, gdzieś pomiędzy wciśnięta nieśmiało droga. Dodajmy, że cały czas z górki i asfalt pierwszej jakości (chyba wszystkie głowne drogi w Bośni odbudowano za pieniądze Unii Europejskiej). Jedziemy więc tą drogą, aż tu nagle, ni stąd, ni z owąd ukazują się minarety, zabudowania. Sarajewo.

Sercem miasta jest piękna starówka z mnóstwem zabytkowych meczetów, prawie całkowicie odbudowana po wojnie. Do odbudowania został jeszcze ratusz, czyli biblioteka narodowa, której bezcenne zbiory zostały zniszczone podczas wojny. Nie trzeba być specjalnie spostrzegawczym, aby odnaleźć ślady walk. Wiele domów ze śladami po kulach, poza starówką także opuszczone budynki, kilka zniszczonych kikutów wieżowców. Jednak miasto szybko goni stracony czas. Liczba mieszkańców niedługo osiągnie stan przedwojenny, rosną nowe wieżowce, zachodnie firmy coraz śmielej inwestują w kraju. Stolica Bośni i Hercegowiny odegrała kluczową rolę podczas wojny. Oblegana przez 3,5 roku  przez wojska Serbskie, nieustannie bombardujące ulice. Trzy razy zdarzyło się, że pociski trafiły w bazar, zabijając na raz kilkadziesiąt ludzi (najwięcej – w 1994 – 68 ofiar śmiertelnych). Ponoć to ze względu na te właśnie masakry NATO – naturalnie z USA na czele, wkroczyło do akcji, doprowadzając w końcu do zakończenia walk. O wojnie można by pisać długo, a i tak nie sposób pojąć dziwnej gry Serbów, Bośniaków, Chorwatów i ONZ, którego żołnierze, choć obecni na Bałkanach niemal od początku starć, nie mogli używać broni, dopuszczając m.in. do masakry w Srebrnicy (przypomnijmy- Serbowie wymordowali ok. 8000 muzułmanów – wyłącznie mężczyzn).

Ciężko jednak uciec od wojny będąc w Bośni. Z Sarajewa ruszamy do Mostaru, miasta wyjętego żywcem z baśni tysiąca i jednej nocy. Ściślej rzecz biorąc, bajkowa jest tylko odbudowana starówka, ze słynnym Starym Mostem (mostar znaczy most) na czele. Wpisany na listę UNESCO, został odbudowany po wojnie i ponownie otwarty w 2004 roku. Bez wątpienia za kilka lat miasto stanie się atrakcją na skalę ogólnoeuropejską- blisko do Adriatyku, góry, rzeka, nieodległe słynne sanktuarium Medjugorje – już dziś jest tam mnóstwo turystów, a będzie z pewnością więcej. Póki co można się rozkoszować pysznym piwem Sarajevskim (sprzedawanym po stronie muzułmańskiej spod lady –dosłownie. Nie dostaniemy piwa w żadnym „muzułmańskim” lokalu), zagryzając znakomitą burką, patrząc na most, rzekę i coś na kształt laguny w centrum miasta. A to wszystko za stosunkowo niewielkie pieniądze. Jednak gdy opuścić starówkę, widać, jakie piekło musieli przeżyć mieszkańcy. Gdzie się obrócić, ruiny. Ulice straszą dziurami po moździerzach. Ocalałe budynki noszą ślady po kulach. Dzięki napływowi turystów jest szansa na szybką odbudowę miasta. Jak Dubrownika, który jest kolejnym ważnym przystankiem na naszej trasie.

Tymczasem cały zmagamy się z niemiłosiernym upałem. Najstarsi bałkańscy górale nie pamiętają takich temperatur W dzień dochodzą do 45°C, w nocy nie schodzą poniżej 20°. W takich warunkach nie da się jechać, dlatego wstajemy codziennie w okolicach wschodu słońca i pedałujemy do południa, po czym leżymy gdzieś w cieniu do godziny 18, kiedy żar jest już nieco mniejszy. Czasem jedziemy po prostu nocami, ale to zdaje egzamin tylko pod górkę. Gdy zjeżdżasz z dużą prędkością nie wiedząc, czy gdzieś nie czai się jakaś niespodziewana dziura to nie jest przyjemnie. Asfalt jest tak gorący, że trzeba znacząco obniżać ciśnienie w kołach, co jednak nie zawsze przynosi oczekiwane efekty. Zdarzyło mi się złapać 3 gumy jednego dnia, a na domiar złego po drugiej pompka odmówiła współpracy. Też z gorąca. Zostałem sam z przebitym kołem na zupełnym odludziu, bez wody, a jedynym cieniem był jakiś znak drogowy. Był to jedyny moment w całej wyprawie, kiedy naprawdę bałem się o swoje zdrowie, na szczęście po jakimś czasie udało mi się złapać przyjaznych Bośniaków, którzy podrzucili mnie na stację benzynową (inna sprawa, że kompresor na stacji okazał się być zepsuty i musiałem czołgać się do następnej). Z miejsca wypiłem im bezceremonialnie półtora litra wody. Ciekawa sprawa z tą wodą. Piliśmy na okrągło, w sumie ok. 8 litrów dziennie, przy okazji łamiąc wszelkie zasady bhp (Gdybyśmy pili tylko butelkowaną, wydalibyśmy fortunę). Braliśmy wodę skąd tylko się dało – od górskich źródełek, poprzez meczety, aż po krany na stacjach benzynowych. Kilkakrotnie w akcie desperacji prosiłem też o wodę w prywatnych domach – nikt nigdy nie odmówił.

Klnąc zatem szpetnie na pogodę, wspominając rzewnie słowackie deszcze, toczymy się wybrzeżem Adriatyku. Przeklinamy także chorwackie ceny, dostosowane już niestety do zarobków obywateli Unii. Wszędzie mnóstwo turystów, najwięcej oczywiście Polaków. Dubrownik zachwyca urodą, ale przeraża tłokiem, pod tym względem przypominając bardzo Pragę. Niemniej jednak warto pochodzić sobie wąskimi uliczkami i zaułkami starego miasta, istnieje nawet szansa, że znajdziemy jakiś zaciszny zakątek, gdzie pobędziemy (chwilkę) sami.

Następnego dnia przekraczamy granicę z Czarnogórą. Niemalże na przejściu granicznym Joachim przebija oponę, ratuje go polski (a jakże!) autobus. Po naprawie opony czas na codzienne 6 godzin lenistwa. Mamy szczęście – jesteśmy w słynnym kurorcie Herzeg Novi. Trzeba przyznać, że niezliczone straganiki i budki z hamburgerami dwa metry od plaży nieco odbiegają jeszcze od standardów zachodnich. Coś za coś – ceny wracają do względnej normalności i, co najważniejsze, walutą jest Euro – wreszcie nie trzeba szukać kantoru (lub cinkciarzy, jak w Zvorniku, dużym mieście bośniackim na granicy z Serbią, gdzie kantorów po postu nie ma).

Nadchodzi ostatni dzień pedałowania. Z Podgoricy chcemy złapać pociąg do Belgradu i jak najszybciej wrócić do naszego w miarę chłodnego kraju. Do przejechania jakieś 60km, czyli pikuś. Na początek 30 kilometrów, głownie pod górkę. Droga tak nowa, że  nie ma jej na żadnej z trzech posiadanych przez nas map. Na szczycie górki – czterokilometrowy tunel. Przed tunelem znak – zakaz wjazdu rowerów. Nikt normalny chyba w tej sytuacji by się nie zawrócił, dlatego bez zastanowienia wjeżdżamy w przyjemny chłodek. Po dwóch kilometrach drogę zajeżdża samochód obsługi tunelu, kategorycznie zabraniając przejazdu. Na nic prośby, groźby tłumaczenia, facet jest niewzruszony. A my musimy wracać aż na wybrzeże – dodajmy, że zbliża się południe i szczyt upału. Wtedy Joachim znowu łapie gumę. Gdy w końcu docieramy na wybrzeże jesteśmy tak wycieńczeni, że decydujemy się na autobus do Belgradu. I tak skończyła się nasza przygoda, pomijając utarczki z węgierskimi konduktorami (25€ tylko za same rowery to chyba jednak trochę za dużo). Przekraczamy granicę. Leje jak z cebra. Jesteśmy w domu.

Całe pedałowanie trwało trzy tygodnie, a zrobiliśmy w tym czasie ok. 1700km.

 

Sierpień 2007

 

Leave a Reply