2008 MONGOLIA

… a właściwie to Rosja i Mongolia

Jak myślę o Mongolskim rowerze to przychodzą mi na myśl głównie burze. Czyli burza najstraszniejsza i najpiękniejsza, z cudowną tęczą. I pamiętam swoje podniecenie – i żal, że nie mogę tego opisać zaraz, już – bo przecież na Stasiuku („Jadąc do Babadag”, na którym spisywałem złote myśli  – ktokolwiek widział, ktokolwiek wie? Proszę o zwrot!) by się to nie pomieściło. Czyli jednak zachwyt, ale jednocześnie i strach – ot takimi skrajnościami byłem targany. I jeszcze wiatrem. Targany i smagany.

W filmie „Mongoł” (całkiem niezły swoją drogą, opowiada, a jakże, o Czyngis Chanie) pojawił się  taki oto motyw, że wszystkie Mongoły boją się burzy,a Czyngis – wtedy jeszcze Temudżynem zwany – się oczywiście nie bał i dlatego pokonał tego drugiego, co to kiedyś był jego ziomkiem. Swoją drogą, ciekawe, że Mongołów się postrzega właśnie jako tych najeźdźców co 700lat temu podbili pół świata, a teraz patrzysz na pana wypasającego bydło, albo współpasażera w UAZie, leżącego gdzieś na twoich kolanach, albo drzemiącego z głową opartą na twoich ramionach, i zastanawiasz się, czy nie chowa gdzieś w jakiejś jurcie zbroi po pradziadku i czy aby nie szczyci się czerepami pokonanych wrogów… W każdym razie, po obejrzeniu filmu pomyślałem sobie „co za głupie Mongoły, no czegóż się bać kilku grzmotów i pioruna”. Ale, jako że podróże kształcą, to zrozumiałem.

No bo jak jesteś w normalnym kraju to nie  w i d z i s z tak naprawdę burzy. Owszem, słyszysz, czujesz, ale widzisz tylko jej mały skrawek, który jest akurat nad tobą. A teraz wyobraź sobie przestrzeń ograniczoną jedynie linią horyzontu. I z odległości tych dajmy na to 50-100km podziwiasz to piękne zjawisko. Cała burzę. Od początku do końca. Tu się kończy, tam zaczyna, a dalej jest jasno, ładnie. I wiesz, że ta burza ma zakres kilkunastu, może kilkudziesięciu, kilometrów. I tak sobie idzie. Wygląda jak wybuch bomby atomowej. Ale ładnie. No i nagle zdajesz sobie sprawę, że ten potwór idzie na ciebie. A ty tylko z kruchym namiocikiem. I wieloma metalowymi sprzętami, z rowerem na czele. (chociaż rama to chyba z aluminium jest czy z jakiego innego stopu, ale w moim ruskim dwukołowcu marki Lexus to była jednak chyba czysta stal rdzewna :P)  Uciec, ale dokąd? Mijając kilka jurt miałem cichą nadzieję, że jakiś gościnny Mongoł wybiegnie na drogę, krzyknie „Chłopcze, nie jedź w taką pogodę, schroń się w mej jurcie, przeczekamy razem kataklizm, moja mama zrobi wspaniałą sute caj, a żonka poczęstuje cujwanem. Ale nie, bo czemu ma być miło. Więc jadę tym moim kaprawym rowerkiem, pod wiatr, bo biednemu przecież zawsze w oczy. Już całe 13km/h. Wjeżdżam do dolinki, takiej niedużej, może z 10km średnicy, i zaczęło się najlepsze, nasz atomowy grzyb przesunął się nad nią, a oko cyklonu nadciągało. A zachodziło słońce i w ostatnich, złocistych promieniach (oo, jak to ładnie romantycznie brzmi) chmury wyglądały jeszcze bardziej niesamowicie. A w górze sobie strzelały błyskawice. Przypominało mi to trochę statek obcych z Dnia Niepodlegości, który sobie zawisł nad Empire State Building (swoją drogą, zawsze jak Nowy Jork obrywa w jakimś filmie, to muszą rozwalić ESB. Czemu Osama w niego nie uderzył? Nie chciał kopiować kosmitów? Więc ja mocno przerażony, no nie ukrywajmy tego, nawet nie zatrzymałem się zdjęcie zrobić (dziś żałuję, no ale chyba wciąż jestem dość normalny, skoro nie ryzykuję życiem dla dobrej fotki). Wjeżdżam pod górę, byle znaleźć kawałek płaskiego na namiot, a wiatr wieje tak że mnie zwieje zaraz. I sobie pomyślałem, jak to zwykle w takich razach „o, kurwa”. No i co? Uciekłem, zatrzymałem się na pierwszym płaskim, zaraz przy drodze, a co mi tam. Tylko co rozstawiłem mój poręczny namiot, a zaczęło się. A potem skończyło. Ot, zwykła nawałnica, ale czym jest potęga wizualizacji. Nigdy w życiu nie bałem się tak burzy. A właściwie nie bałem się jej, tylko tego jak wyglądała.  Ot, to by była odpowiedź na pytanie o najbardziej ekstremalne sytuacje. Nuda, nie?:)

 

***

A teraz będzie trochę o rowerowej wycieczce jeszcze w Rosji

 

Więc jechałem sobie dnia drugiego mojej dziewiczo samotnej wyprawy, pamiętam, że jechałem pod wielką górę za Gusinoozierskiem, było potwornie gorąco, choć może i wcale nie? W każdym razie mój kaprawy rower po jeszcze bardziej kaprawej drodze ruskiej nie chciał współpracować, więc się toczyłem zlany i zalany potem, ale i tak szybciej od jakiegoś biednego Kamaza, który co chwila musiał stawać, w obawie przed przegrzaniem. Biedaczek. A ja z dziką satysfakcją jechałem twardo przed nim, byle tylko mnie nie zatrzymał. Dużo ciekawiej było zjeżdżać, slalomem między dziurami. I jeszcze butelka z ostatnią wodą mi wypadła i ktoś od razu po niej skwapliwie przejechał, ale nieważne, bo się fajnie jechało. Tylko po co ten przydługi wstęp?

Znalazłem sobie eleganckie miejsce za Nowoselengińskiem, kawałek od drogi, rozbiłem namiot, zrobiłem sesję zdjęciową i już się chyba zabierałem nawet za wieczornego szluga gdy przyjechał Jura i mówi choć no do mnie. A ja na to że nie no spoko, ale namiotu mi się nie chce składać i wszystkiego, na co on że jak chcę, ale ma banię. Co to bania już tłumaczyłem chyba nie raz, więc oczka mi się zaświeciły i szybciutko złożyłem namiot. Tym bardziej, że nie myłem się od trzech dni. Taa, bania to nie jest po prostu sauna. Byłem we wrześniu na basenie w Hotelu Gołębiewski w Mikołajkach i zaliczyłem parę saun. I tak między Bogiem a prawdą, to nawet się nie zgrzałem dobrze. Była tam też komnata lodowa, że zimno niby. No zimno zimno, ale jednak fajniej jest wyskoczyć z naprawdę gorącej bani na śnieg i mróz w górach, albo do lodowatego jak zawsze Bajkału. Dygresja taka. No więc Jura wziął mnie do domu, zatopił (czyli rozpalił) banię, postawił przede mną herbatę (jaką chcesz? Czarną czy białą? Rytuał zaparzania skomplikowany strasznie, najpierw trochę wody gorącej, potem herbata, potem mleko- obowiązkowo- potem jeszcze trochę wody, a może  w ogóle pomieszałem kolejność?  Jakby zobaczył jak się u nas parzy kawę to chyba by się powiesił z żalu) Herbata jest fajna przed banią, bo wiadomo, że jest moczopędna, a w bani zamiast przez siusiaka, to sikasz przez skórę, co jest jeszcze znacznie bardziej praktyczne, bo nie trzeba wychodzić w miejsca ustronne.

Wspaniały facet, ten Jura. Jako jedyny podczas całej mojej wycieczki skumał o co chodzi, że jadę sobie sam rowerem po stepach. Nikt oprócz niego nie mógł tego ogarnąć, a próbowało wielu. Opowiedział mi parę ciekawych historii, np. jak to jakiemuś Holendrowi ukradli rower gdy zatrzymał się z grubsza tam gdzie ja i poszedł na górę podziwiać okolicę, albo jak pewnym Anglikom też ukradły młode Buriaty rowery i w ogóle wszystko co mieli, bardzo miło. I uparł się, żeby pokazać mi muzeum Nowoselenińska. Muzea akurat mnie najmniej interesują, ale pomyślałem „Aa tam. No niech mu miło będzie”. I teraz tak sobie myślę, że takie wioskowe, małomiasteczkowe muzea są najfajniejsze, najbardziej godne uwagi. Bo w nich jest zawarta prawdziwa, autentyczna małomiasteczkowa duma z bycia tą konkretną zagubioną na końcu świata dziurą. A czasem można trafić na perełki prawdziwe. Więc przychodzimy z Jurą i jego córeczką do muzeum, fotka bod pomnikiem Bestużewa, pani Swieta Innokentina, oczywiście znajoma, po prostu promienieje na widok mnie – Turysty i pasją opowiada, jaki to kiedyś Nowoselengińsk był ważny. Bo był. Wyobraźcie sobie moi mili, ze przez parę lat w XVIIIw to właśnie ówczesny Selengińsk był stolicą Syberii. Stolicą! Dwa czy trzy tysiące ludzi i 13 cerkwii. Jedna murowana. A potem powstał szlak herbaciany do Chin i miasto musiało przenieść się na drugi brzeg rzeki, żeby było kupcom po drodze. Tak to kiedyś bywało. No i właśnie tu niesamowita historia, bo na tamtym drugim brzegu z całego miasta ostała się tylko ta cerkiew. I mała kapliczka. Wygląda niesamowicie. Teraz żałuję, że nie zostałem u Jury dzień dłużej, to byśmy tam popłynęli, albo, że nie kupiłem książeczki o historii wielkości miasta Selengińska. No nie ukrywajmy, że dziś jest to niezłe zadupie. Kilka razy w roku jest wielka burza, która rozmywa okoliczną górę (Jest ich wiele, ale akurat ta jedna jest najbliżej) i piach dosłownie zasypuje wioskę. Chociaż nie do końca, bo sprytni Rosjanie tak pobudowali te domki, żeby cały piach szedł ulicą. No i właśnie parę dni przed moim przyjazdem taka burza przeszła. Rowerem trochę ciężko było przejechać, ale UAZ dawał radę.

Wracając do muzeum, to największą dumą miasteczka są dekabryści, których tu zesłano na wieczne zesłanie. A że byli nie w przysłowiowe ciemię bici i usiedzieć spokojnie nie mogli, to zaraz zaczęli budować, uczyć, konstruować, majsterkować, projektować, a niektórzy w wolnych chwilach wyrywali miejscowe panienki, jak praszczur mojego gospodarza. Zupełnie jak Polacy w Irkucku. Ha! Zrozumiałem intrygę, czemu tak bardzo chciał mnie do tego muzeum zaciągnąć – prapra Jury nazywał się Kelberg i był naprawdę niezłym mózgiem, chyba że pani Swieta specjalnie tu i tam coś wyolbrzymiła, żeby Jura był jeszcze dumniejszy. A co tam, też bym się chwalił. Zresztą, mogę sobie wyobrazić, jakie mieli wzięcie Europejczycy z Petersburga w wiosce na Syberii, wiec pewnie pokątnie pozapładniali połowę dziewic. A pan Kelberg był ich kumplem, lekarzem i naprawdę musiał być niegłupi, bo w muzeum jest wystawiony m.in. sejsmograf jego pomysłu, także szacunek.

I tak to było z tym Nowoselengińskiem. Jedna z najbardziej fascynujących wioch jakie spotkałem – i to jak zwykle przypadkiem. Także wszystkich zapraszam do Lednicy, to coś porównywalnego, też Mieszko miał tam pałac i chrzest ponoć nawet przyjął. Tyle że Selengińsk miał pod sobą obszar mniej więcej 5 razy większy niż Polska.                                                                                                                                               (Listopad 2008)

(artykuł – relacja w pdf, w dziale Media)

Leave a Reply