2009 ŚLADAMI PRAWOSŁAWIA

Śladami Prawosławia

Tak się oficjalnie i dumnie nazywała nasza wycieczka:) jako, że po krajach nominalnie prawosławnych (z wyjątkiem Albanii) podróżowaliśmy.

A było to tak: najpierw goniłem chłopaków jak szalony po zielonej Ukrainie. A dlaczego goniłem? Otóż w czerwcu pisałem pracę magisterską. Tak mnie to pasjonujące zajęcie pochłonęło, że o bożym świecie zapomniałem i gdy koleżanka powiedziała – lećmy na Ukrainę, Wizzair loty otwiera, powiedziałem: „dobra, dobra, daj mi pisać”. Zinterpretowawszy tą odpowiedź po swojemu, kupiła mi bilety. Tak więc: złożyłem pracę, poleciałem na Krym, tam tydzień zabawy, powrót do Polski i… wyjazd na Ukrainę, tym razem z rowerem. Na tej karkołomnej operacji straciłem kilka dni, a koledzy Wicher i Joachim postanowili nie zwracać uwagi na fanaberie przyszłego magistra i ruszyli w drogę w ustalonym terminie. Tak oto znalazłem się sam na dzikich polach.  Na Ukrainie wszystko po staremu, krajobraz na drodze raczej księżycowy, więcej dziur niż asfaltu, więc ćwiczyłem slalom. Nie obyło się bez przygodnej wódki z byłym mistrzem olimpijskim w gimnastyce – tak się przynajmniej przedstawił. Bardzo mnie to ucieszyło, bo pani w sklepie sprzedała mi czeburaka, którego sabaka nawet by nie ruszyła, a ja ugryzłem nieopatrznie. Zaprzyjaźniłem się także z milicjo nerami, którzy chcieli mnie zamknąć za sikanie nie tam, gdzie kazali.

W Rumunii najpierw się zdziwiłem, że taki normalny kraj, że czysto i ładnie nawet. Potem zrobiło się śmiesznie, jak szukaliśmy czegoś do żarcia. Że cafe nie gwarantuje jedzenia to się domyślaliśmy, że w barze też podają tylko alkohol to już nas zdziwiło, ale że w niektórych pizzeriach zamiast pizzy proponowali nam wódę, a połowa restauracji nie miała jedzenia w ofercie, to już było denerwujące. Najpewniejszym sposobem na znalezienie jedzenia jest znalezienie lokalu, który ma w nazwie coś, co przypomina „karczmę”. A na Ukrainie coś na ząb dostaniesz wszędzie i to jest fajne. Fajne jest też to, że od razu łapią, żeś Polak, a w Rumunii zaczęło im się plątać. Najpierw jakaś pani krzyczała, że my hitleristy, na co odpowiedziałem, że nie, że turisty, więc sobie pojechała. A potem poszło już z górki. Standardowo, byliśmy Austriakami, Niemcami, Amerykanami, Holendrami, Ruskimi (półprawda), a nawet Mołdawianami (to się akurat Wichra tyczyło, taki chudziutki) i Bóg wie kim jeszcze. Przejechaliśmy tą Rumunię,  Transylwania ładna, Wicher sobie opony zmienił, dojechaliśmy do Bukaresztu, miasto strasznie ciekawe, trochę rozwalone, trochę zasyfiałe, a trochę ładne. I między bloki powtykane cerkwie, niesamowicie to wygląda. Tak ściślej mówiąc, to bardziej te bloki powtykali między cerkwie, które z kolei poprzesuwali, żeby nie rzucały się krzyże w oczy, no ciekawe bardzo. To były te „ślady prawosławia”:)

Domy albo nie mają numerków, albo są ponumerowane w kolejności losowej, co nie ułatwia szukania hotelu. No i język strasznie trudny, nauczyliśmy się tylko „dobrej drogi”, bo powtarzał to każdy Rumun. Wymyśliliśmy nawet piosenkę ( w tonacji g-moll)Drum Bun, Drum bun, powie ci to każdy Rumun, drum bun, drum bun, powie ci to każdy Rumun! I tak w kółko, zwrotki w zależności od weny.

Najbardziej intensywne przeżycia w Rumunii są związane z psami. Prawdopodobnie niedojadają, albo szczują nimi Cyganów (których odrobinę przypominaliśmy, też brudni i na kółkach), więc rzucały się na nas przy każdej okazji. Jak jeden to pół biedy, gorzej jak cała wataha. Najlepszy sposób to jechać bardzo bardzo powoli, wtedy tylko biegają wokół i warczą. Ale jak komuś puszczą nerwy i przyśpieszy, to koniec, wtedy choćby nie wiem jak człowiek był zmęczony, po chwili jedzie 40km/h:)  Znienawidziliśmy tą swołocz do tego stopnia, że jak tuż przed Jomim samochód potrącił psa, to wcale nie było nam go żal, łagodnie ujmując.

Ale oto wjeżdżamy już do Bułgarii. Przed granicą oczywiście uciekliśmy przed dwoma stadami, jedno zatrzymało się, jak pokazywaliśmy paszporty i poczekało za budkami, połączywszy się z drugim. Joachim przelatywał nad dziurami, a ja zaraz za nim. No ale przejechaliśmy Dunaj, i nagle światła, piękne dziewczyny, nie ma psów, dużo owoców, tanio, no cudnie po prostu. I w tych pięknych okolicznościach przyrody Jomi postanowił dodać przygodzie nieco dramatyzmu.

Bo to jest tak, że wiadomo, że jak szybko się jedzie z górki, to nie jest bezpieczne, ale z drugiej strony trudno się powstrzymać:) Raz, że hamulców szkoda  (ja wymieniłem 2 pary), dwa – przyjemnie jest łamać rowerem ograniczenia prędkości:) No i Jomi jadąc 60/h na zakręcie trafił na żwirek, koło się poślizgnęło i wywrócił się. Okulary mu się wbiły w twarz, krew się lała jakby się wykrwawić miał no i jeszcze to szkło wbite w oko. No nie za ciekawie, ale od razu nas wzięli do szpitala, gdzie oczywiście nie mówili po angielsku, ale za wiele tłumaczyć nie było trzeba. Więc mieliśmy trochę przymusowy postój w dziurze, co się Biała nazywała (ładnie, prawie jak Białystok). Potem Jomi pojechał pociągiem do Sofii, a my rowerami. W ogóle, to Bułgaria miała być płaska! Zawsze, jak coś ma być jakieś, to jest zupełnie inne, więc zaczęliśmy się wspinać na jakieś absurdalne wysokości po prostu, pukając do nieba bram. Bo 25 km tylko pod górę to lekka przesada moim zdaniem. Na szczycie spotkaliśmy dinozaura ze styropianu. Potem przejechaliśmy Dolinę Róż, gdzie wprawdzie róż nie było, ale za to w każdym mieście urodził się jakiś słynny wąsaty bohater narodowy Bułgarów. A najważniejszy miał nawet brodę. Najnowszym bohaterem Bułgarów jest były ochroniarz z czarnym pasem w karate, co to właśnie został premierem. Z Putinem się dogada. W tej dolinie właśnie Wicher zapadł na chorobę co się nazywa „Swoboda ili Smiert”, sobie wymyślił że flagę z takim napisem kupi i pytał się o nią każdego napotkanego Bułgara. Oczywiście to tak, jakby u nas próbować kupić flagę z napisem „Za wolność waszą i naszą”. Doczłapaliśmy się w końcu do Sofii, gdzie czekał już na nas nasz poczciwy kaleka w gościnie u Aurory, córki Spartaka. W Sofii nic ciekawego nie ma, poza tym, że jest fajnie. Pałac prezydencki jest w jednym budynku z hotelem Sheraton, w dodatku ma na  dziedzińcu prastary kościół rzymski. Można? Można. No a Jomi uznał, że nie da rady jechać dalej. Jego lekarz powiedział mu, że gdyby stało się to w Grecji , to nie ma problemu, ale jak mu w Albanii wejdzie zakażenie, to wróci bez ręki i się przestraszył:) Ale tak śmiechem żartem, a wystarczyłoby, żeby miał podczas wypadku rękawiczki nałożone.

No ale jedziemy dalej, łamiemy kolejne ograniczenia prędkości, raz nas nawet radar złapał, zastanawialiśmy się, co sobie pomyślą bułgarscy policjanci, jak na zdjęciu zobaczą dwóch rowerzystów, ale w sumie nieważne. Jak robiłem fotkę pograniczną, to pan celnik nas przegonił i powiedział „Go to Macedonia!” No to pojechaliśmy. I było pięknie, bo przez kilkadziesiąt kilometrów z górki, panowie spod sklepu stawiają piwo, chłopaki spod twierdzy stawiają trawę, a my wieczorem stawiamy namiot. Przy okazji zaobserwowałem, że jazda rowerem przypomina bardzo Windowsa. Bo gdzieś z boku usłyszałem taki dźwięk jakby zamykania Visty, jadę, jadę, patrzę, a tam stoi Kosz. Patrzę na jezdnię, a tam strzałka jak Kursor. Patrzę, a koło kosza zdechła Myszka. Zatrzymujemy się na światłach, a tam czas do zmiany świateł się odmierza (do ukończenia zadania pozostało 53 sekundy). A światła to też, jak Zamknij, Minimalizuj, Powiększ. I pełno jakichś ikonek na poboczu, można powiedzieć że śmietnik na pulpicie. Ale najlepsze było, jak minęliśmy drogowskaz na wiochę o nazwie Trojan:)))) Naprawdę, można na mapie sprawdzić:) Także zwróćcie kiedyś na te podobieństwa uwagę jak będziecie jechać rowerem kiedy, a zrozumiecie, że życie to Matrix.

W Ochrydzie nad jeziorem Ochrydzkim spotkaliśmy Polaków całkiem sporo, chyba się tam teraz turystyka przesuwa, od kiedy Chorwacja stała się tak droga jak Włochy. Ale to nieważne, ważne, że spotkaliśmy chłopa, który też sobie jeździł, już 4miesiące w trasie, i na czym? Na najwspanialszym rowerze świata, Scorpio wersja wiśniowa rozkosz! W dodatku 12letnim, jak mój! Najlepiej! Pierwszy raz spotkałem kogokolwiek, kto miałby taki sam rower i to proszę, od razu 2000km od domu:) Co do Macedończyków, to jeszcze taka ciekawostka, że Bułgarzy zasadniczo uważają, że to są ich bracia którzy zbłądzili i tak głupio się nazwali, a naprawdę i tak są Bułgarami, Grecy w ogóle nie uznają tego jak się nazywają, a Albańczycy właściwie uważają, że to ich kraj, bo stanowią prawie połowę ludności. Niełatwo być Macedończykiem.

Tymczasem przenosimy się do Albanii. Co za kakofoniczny kraj! Absolutne wow. Koguty pieją, konie rżą, owce beczą, dzieci krzyczą, młodzież gwiżdże, a starszyzna kiwa głowami z uznaniem. Wieczorami zasypiamy przy orientalnym disco i co jakiś czas strzałach z kałasznikowów, bo oni bardzo lubią strzelać jak się cieszą.  A cieszą się najwyraźniej często. Kałachy mają stąd, ze w 1997, jak NATO bombardowało Serbię, to Albańczykom też coś się nie spodobało i tak się złożyło, że obrabowano wszystkie składy z bronią. Od tego czasu każdy szanujący się mężczyzna ma gdzieś pod łóżkiem karabin maszynowy. Bardzo się to przydaje, jak np. trzeba zadziałać zgodnie z prawem wendetty. Bo to jedyny kraj w Europie, gdzie się to praktykuje, powiedziałbym nawet, że zwyczaj ten rozkwita. Co ciekawe, pomścić śmierć członka rodziny wypada nawet, gdy zginął w wypadku samochodowym. Śmierć za śmierć i tyle. Nic więc dziwnego, że raczej wszyscy uciekają z miejsca wypadku. Prawdziwy mężczyzna powinien mieć też Mercedesa. Może być brzydka żona (o ładną trudno, choć i tak łatwiej niż w Rumunii czy Macedonii), bose dzieci (bywa), niedokończony dom (2/3 chałup jest niewykończona, albo z dołu, albo z góry. I jeszcze mają zostawione zbrojenia zawsze na kolejne piętro, tak na wszelki wypadek), ale samochód musi być pierwsza klasa. Wszędzie wiszą flagi NATO, UE i USA. Albania od tego roku jest w NATO. Ilość Natowskich bunkrów zwiększyła się dzięki temu 3krotnie, ale nie wiem czy sojusz ma z tego jakiekolwiek inne korzyści. Co najśmieszniejsze, Albania stara się o uzyskanie statusu kandydata do Unii, jeśli uda im się to w ciągu najbliższej dziesięciolatki, to świat się skończy, a niebo runie nam na głowę.

Pełno bunkrów, jak pisałem, koło 600tysięcy ponoć, bardzo malowniczo rozmieszczone pośród pól. Wicher mówi, że taktycznie bez sensu, a jest dla mnie w sprawach wojskowych autorytetem. Poza tymi atrakcjami jednak miała Albania pewną zaletę, mianowicie główne drogi bardzo niedawno Unia im odnowiła. Trochę się zawiedliśmy, bo spodziewaliśmy się drugiej Ukrainy. No i z pełną premedytacją zrobiliśmy coś, co wszystkie przewodniki odradzają zdecydowanie: zjechaliśmy z głównej drogi (na mapie z czerwonej na żółtą). I zaczęły się jaja. Najpierw przez 20km nie mogliśmy znaleźć kawałka miejsca żeby rozbić namiot, bo wiocha się ciągnęła nieprzerwanie, jeżeli nie normalne chałupy, to przynajmniej w stanie surowym. W końcu rozbiliśmy się koło osła pośrodku wiochy , bo już nie mieliśmy sił. A do snu kołysało nas disco i kałachy. Jak już się obudziliśmy, i odnaleźliśmy właściwą drogę, to skończył się asfalt, a zaczęło jakieś wielkie utwardzane kamieniami gówno. W końcu skończyło się nawet to i wylądowaliśmy na jakiejś sawannie. Nie chcę wiedzieć ile było stopni na słońcu, ale nie było tam cienia. Ani wody. Nie licząc zasyfionej ropą rzeki. Bo dalej było pole naftowe (czy jak się to nazywa), ale takie hardkorowe, z wieżami pamiętającymi jeszcze cara zapewne. Potwornie to skrzypiało i w ogóle klimat jak z filmu postapokaliptycznego, Madmaksa jakiegoś czy coś. (Wicher mówi, że ze Stalkera). Więc jak już w końcu wyjechaliśmy na ten niby asfalt, to zrobiliśmy sjestę w najbardziej zasyfionym miejscu jakie można sobie tylko wyobrazić, ale była woda i cień. Dalej jakieś maszyny. I co jakiś czas stada owiec. I zaciekawione dzieci jak zwykle, ale olaliśmy je, bo nie przyniosły owoców. Ogólnie to Albania zdecydowanie najciekawszy kraj na naszej wycieczce. A Macedonia najfajniejszy. W Bułgarii najładniejsze dziewczyny, w Rumunii najgorsze psy, w Grecji najdrożej i najgoręcej, a Ukraina to Ukraina.

Skoro już o Grecji mowa, to szybko, przenieśmy się tam, wyjeżdżajmy z Albanii, mamy dość! Normalność! Język angielski ( w śladowych ilościach), ceny, które można łatwo przeliczyć (ale lepiej tego nie robić, bo można się załamać), dobre drogi! Witaj, Europo! No i co w tej Grecji? Że 40stopni w cieniu, to normalka, że drogo też już wiadomo, gaje oliwne nie kryją tajemnic, że ruiny cywilizacji antycznej, podwaliny kultury, też raczej wiadomo, że góry – też nie dziwota, więc o czym tu pisać? Grecy przyzwyczajeni do rowerzystów, bo więcej tu takich idiotów jeździ, to i się nie podniecali zbytnio. Siedzą sobie w kafejkach, piją kawę, grają w karty, bawią się takimi paciorkami, co wyglądają jak różaniec (a nazywają się komboli) i sami nie wiedzą, po co się nimi bawią („pewnie pomaga na artretyzm” – stwierdził Wicher), jak się im zechce ruszyć to przyniosą ci gruszki, dadzą mleko pod Lidlem („Hi, where are you from? Oh really, Poland? You want milk?”). O podjeździe pod Delfy nie napiszę, bo brak mi słów, udam że po prostu jakoś tak o znaleźliśmy się w Atenach (jakbym chciał żeby to tak właśnie było). W Atenach klasycznie przyrumuniliśmy (Drum bun, drum bun…), rozkładając się z rowerami w parku, grając twardych podróżników. W końcu napatoczył się Spyros i wziął nas do siebie, czyli wszystko zgodnie z planem. Zwiedzanie Aten odbyło się tak, że wstaliśmy trochę później niż zwykle, bo o 7, zobaczyliśmy Akropol, póki było tam tylko sto tysięcy, a nie milion turystów, potem połaziliśmy tyle ile się dało, a następnie skryliśmy się w cieniu spożywając  za ostatnie euro niemieckie piwo, bo innego Grecy praktycznie nie piją.

Na lotnisku oczywiście nie mogło pójść wszystko jak trzeba, bo po co. Oczywiście nie mogli ogarnąć jak te rowery przewieźć , kazali z nimi robić cuda niewidy, a potem powiedzieli żeby dopłacić 40 euro, bo nie zapłaciliśmy. Ooooo, jak mnie to rozsierdziło. Lotnisko wielkie jak 3 Okęcia, a ja tu musze biegać ze złożonym rowerem z jednego końca na drugi. Ale w końcu udałem Greka i wszystko skończyło się dobrze.

Tak myślę że jak się to czyta, to strasznie nudne i o wiele za długie, ale co poradzę, jak już się zawezmę do pisania, to skończyć nie mogę, taka przypadłość.  Nie ma niesamowitych przygód ani zbyt wielu dramatycznych zwrotów akcji, ale cóż poradzę. Bo tak naprawdę w tym całym jeżdżeniu nie o to według mnie chodzi. Chodzi o samą drogę, o sprawdzenie siebie, swoich możliwości i oderwanie się od wszystkiego co nie jest niezbędne do przeżycia i przemieszczenia się z punktu A do B. Zabawne, że mówi się „pokonać drogę”. Ja tak sobie myślę, ze gdybym ją pokonał, to by była przegrana, czyli co, nie byłoby jej, tak? Czy może wziąć ją w jasyr, ale przestrzegając konwencji genewskiej? A jakby drogi nie było, to ja bym z kolei poległ, jak w Albanii (wtedy krzyczałem: „drogo, och moja droga drogo, wróć do mnie!”). Droga to na takiej wycieczce najlepszy (nie licząc Wichra) przyjaciel i najgorszy (nie licząc Wichra) wróg. Zawsze razem, Na Dobre i na Złe, jesteście można powiedzieć Na Wspólnej. Droga nigdy cię nie opuści, chyba, że w Albanii.   Jak jest z górki i ładny asfalt to stanowimy kochającą się parę, jak pod górkę, to chciałbym separacji, ale to ona jest w tym związku dominująca. Karmi nas tzw. owocami drogi. To się jakiś melonik trafi, to arbuzik, ówdzie brzoskwinka, czasem winogronka, o śliwkach i jabłkach nawet nie wspominając. Przy drodze śpimy, przy niej jemy. No cały czas musi być pobliżu, inaczej czujemy się tak nieswojo. Jak mógłbym chcieć ją pokonać. Jeszcze lepiej: posiąść. Mieć ją na własność, tylko ja i ona. Nawet ten Wicher by już przeszkadzał w tym trójkącie. Ale to już chyba takie moje zboczenia…

Umówmy się, że przejechałem drogę, ok? Albo jeszcze lepiej: trasę. Drogę zostawmy w spokoju, czeka jeszcze na mnie na Kaukazie, w Turcji i Bóg jeden wie gdzie jeszcze. Jestem człowiekiem drogi chyba, cokolwiek to znaczy. Znany polski zespół Feel śpiewał „pokonaj siebie”, to chyba równie bez sensu? Jak siebie pokonam, to co, tak czy inaczej będę przegrany? O wiem, to będzie – nawiązując do Grecji – Pyrrusowe zwycięstwo:)

Dobra, już chyba naprawdę zakończę tą wypocinę, na koniec jeszcze trochę twardych danych… gdyby kogoś naprawdę to interesowało… Wicher złapał dwa razy gumę, raz zmienił opony, ja złapałem 3 razy, 2 w Grecji, raz w Albanii, i zamieniałem opony przednia z tylnią, także teraz obydwie są do wymiany, Jomi złapał gumę raz. Zmieniłem 2 pary hamulców i rozcentrowało się totalnie przednie koło. Więcej strat nie zanotowałem, oprócz ukochanego MacArthura oczywiście, który popłynął gdzieś z prądem do Adriatyku…

Jeżeli doczytałaś/eś do końca, to wielki szacunek, i żeby to potwierdzić, jak mnie zobaczysz, powiedz na przywitanie „Drum Bun!”, jak każdy Rumun, hej!

Kuba

(Sierpień 2009)

P.S.

I jeszcze! Ścierwo! Nieodłączny towarzysz! Jak mogłem o nim zapomnieć? Gdy człowiek nie ma o czym gadać i dyskusje schodzą na temat bąków i kupy, kłóciliśmy się gdzieś w Erewaniu, jaki jest najgorszy zapach. I zdania są podzielone- jedni twierdzą, że najbardziej fatalne są sztuczne zapachy, bo człowiek się z nimi nie oswaja po chwili dłuższej, jak jakieś nawozy sztuczne, benzyna, butapren i inne. (ja tam butapren lubię wąchać. I gąbki. Zwłaszcza gąbki!). A ja właśnie stoję na stanowisku, że najgorsze zapachy są naturalne, bo nie ma nic genialniejszego niż natura – i nie ma nic gorszego niż kilkudniowa padlina. A mijaliśmy całą menażerię. Ja nie wiem, czy oni w tych krajach nie mają sanepidu? Najgorzej w Rumunii i Grecji. Więc tak – minęliśmy bądź przejechaliśmy po ścierwie 3 borsuków (wielkie bydlaki, nawet nie wiedziałem), kilkudziesięciu psów, kilkudziesięciu kotów, ptaszki łatwo ominąć, ale tez się walały tu i ówdzie, całkiem sporo żółwi w Grecji, oraz najróżniejsza drobnica- myszki, czy żabki, ale toto nie śmierdzi. Ale już taki jeżyk czy kuna potrafi dawać na kilka metrów. Ale najgorzej jak rzucony w rowie leży jakiś koń czy krowa niepotrzebna, a też się to parę razy zdarzyło. Od smrodu może się zakręcić w głowie. Czasem trafi się malowniczy widok jakiegoś ptaszyska nad jeszcze świeżymi zwłokami, ale jakoś nie miewam wtedy ochoty na wyjmowanie aparatu, tylko chcę uciekać ze strefy skażonej! Tak więc – niech żyje polski sanepid i drogi wolne od padliny!!!

(Wrzesień 2009)


Leave a Reply